poniedziałek, 26 maja 2014

Ani harde rollowanie w Szczawnicy

Urlop wzięty, samochód zatankowany, torba zapakowana. A! Jeszcze lakier do paznokci. Różowy. Przyjaciółka odebrana z punktu zbornego. GPS ustawiony. Ruszamy.


Hołowczyc co 500 m ostrzega przed radarem. Nudy panie… Włączam moją ulubioną muzykę punk. Przyjaciółka usypia, to trudny moment dla każdego, kto wychowywał się na Abbie i Czerwonych Gitarach.

Po drodze zatrzymujemy się na obiad. Uważnie studiujemy kartę, coby nie najeść się czegoś, co sprawi, że następnego dnia zamiast zdobywać szczyty będziemy liczyć płytki na ścianie w kibelku. Wybór pada na łososia z grilla na pieczarkach. Ryzyko jest, ale bierzemy. Łosoś jest, pieczarek brak. Podnoszę dzwonko, obracam, grzebię… Wkładamam okulary… Pieczarek nadal brak. Pytam więc, gdzie są? „Mamy nową kucharkę i… ona nie wiedziała…” Nie wiem czego nie wiedziała, ale podekscytowanie zbliżającego się startu bierze górę nad ciekawością.

Ruszamy dalej. Jeszcze 20 km, jeszcze 10… 5… 200 m i… Szczawnica wita. Wita słońcem, trochę chmurami, w końcu kropelkami deszczu. Jeszcze nie wiemy, co nas czeka. Nie wiemy, że jutro.. Bo dziś liczy się dziś.


Odbieramy pakiety. Mierzymy koszulki. Najadamy się specjalnie upieczonym na tę okazję ciastem drożdżowym, by rano, naenergetyzowane, nawodnione i uzbrojone po zęby, podjąć wyzwanie. Myślimy sobie – bułka z masłem. Skoro za nami półmaraton, to bieg na 6 km to tylko igraszka. Prosty zestaw klocków dla trzylatka. Jako przedstawicielki Hardego Teamu ruszamy ochoczo na podbój góry.


Start. Droga lekko w górę. 100... 200.. 500 metrów..  Damy radę!  Ożeż! Przed nami góra. GÓRA!! Damy radę, damy radę… Bieg zamienia się w marsz... Jest ciężko. Sapiemy i idziemy. Jeszcze zakręt i… ja pitolę! Kolejna góra! W ruch idą inwektywy. Idziemy, sapiemy, klniemy! Nie wiedziałam, że umiem tak przeklinać! Rzut oka na przyjaciółkę. Jej twarz wyraża więcej, niż maska bohatera filmu „Krzyk”. To już nie jest zestaw klocków dla trzylatka. To kostka Rubika! Jeszcze jeden zakręt i… k***a! znowu góra! Kilka kolejnych, nigdy wcześniej nieużywanych konfiguracji przekleństw posyłam wzniesieniu.


Skupiam się na tym, że przecież KIEDYŚ droga zacznie prowadzić w dół. W końcu jest! Upragniony szczyt. Szczycik, czubeczek, moje marzenie. Ale co to? Droga skręca w krzaki? Nie ważne. Idę. Najważniejsze, że już nie do góry. Ja pitolę! Tu się nie da iść, a co dopiero biec. Dobrze, że jestem rozciągnięta. Zahaczam jedna nogę o korzeń, drugą szukam oparcia na kamieniu. Kije blokuję miedzy korzeniami, ręką asekuruję swoje ciało. Obniżam się, ale… kurna! Gdzie jest moja noga? Zmiana pozycji, noga odnaleziona, równowaga utrzymana. Uff.. Jestem… metr niżej. Zaczyna padać deszcz. Damy radę, damy radę… Schylam się po kije i łups! tracę butelkę z wodą. – Spokojnie, zaraz będzie płasko. – mówię do siebie.

Wąwóz. Informator mówił coś o widokach, że malowniczo, a droga kręta i piękna. Nie wiem, nic nie widzę. Tylko błoto, błoto, błoto.



Nogi grzęzną, chwieję się, ślizgam. Raz i drugi wylądowałabym w bagnie. Przyjaciółka wywija orła. Ja wspomagam się kijami. Nabieram prędkości, mimo że błoto dostaje się do moich butów. Chlup i porcyjka mazi przenika do skóry, przedzierając się przez siateczkę buta i skarpetkę. Chlup i druga też ma swoje błotne SPA. Zaczyna padać coraz bardziej i bardziej, a ja przemiękam. Im bardziej jestem mokra, ubłocona, umazana i zmęczona, tym większej nabieram prędkości. W głowie coraz większa radość, uśmiecham się do siebie. Każda kolejna porcja błota raduje mnie jeszcze bardziej. Już nie dbam o to, gdzie ląduje moja stopa. Ja biegnę, mimo że błoto bardzo stara mi się to utrudnić. Teren obniża się coraz bardziej. W końcu widać jakąś cywilizację. Chodnik, ludzie, w oddali dobiegają odgłosy z mety. Wpadam szczęśliwa. Medal, uścisk, woda…


Stoję i obserwuję wbiegającego na metę zawodnika kończącego Wielką Prehybę. Jego radość, duma i ekspresja w wyrażaniu tych uczuć jest niesamowita. Mam gęsią skórę, a z oczu zaczynają lecieć mi łzy. Przyjaciółka obserwuje mnie z niedowierzaniem, a ja już wiem… już mam pewność, że za rok też wpadnę na metę z niebieskim numerem startowym.


Dziękuję Wam za te niezapomniane wrażenia! Teraz już wiem, co oznaczają „krew, pot i łzy”. Do zobaczenia za rok!

autor: Ania Małek


piątek, 16 maja 2014

Harda Ola

Nasza rollingowa Ola. 

Z natury wesoła, spontaniczna, roztargniona, czasem zamyślona, z marzeniami, ambicjami i zdrowym dystansem do siebie i bez pretensji do życia, które lubi zaskakiwać;). Lubi: pić kawę na stacjach PKP, wyskoczyć spontanicznie na pierniki do Torunia, gotować dla przyjaciół, robić proste rzeczy- przesadzać kwiatki,przestawiać meble. Lubi czasem tańczyć do rana i spać do południa. I chciałaby kiedyś znowu robić to wszystko dużo częściej i bez zadyszki;). Jakiś czas temu miała wątpliwy zaszczyt spotkania i na szczęście wygrania z rakiem tarczycy (4 lata po operacji). 

Jeszcze rok temu lekko niepewna, dłuższą chwilę zastanawiała się czy da radę, czy może wystartować w biegu górskim...


Podjęła wyzwanie. Pobiegła w barwach Hardego Teamu w I edycji Biegów górskich w Szczawnicy. Pokonała 6 km w trudnych górskich warunkach, pokonała ... swoje obawy i lęki. Można? Można.:)

W tym roku pojawiła się na trasie po raz kolejny. Tym razem zastanawiała się zdecydowanie krócej. A co tam! Niech się dzieje!



Ola dlaczego zdecydowałaś się wystartować w tegorocznej edycji biegów?

Dla mnie udział w biegu to przede wszystkim fajna przygoda, nie traktuje tego w kategoriach zawodów, zwłaszcza, że w konfrontacji z osobami, które nie mają za sobą przeszłości onkologicznej nie mam tak naprawdę szans;), ale przecież nie o czas na mecie ani miejsce na liście tak naprawdę chodzi, dla mnie najważniejsze było przeżycie fajnej przygody, poznanie ciekawych ludzi i zmierzenie się z własnymi słabościami i udowodnienie samej sobie, że wciąż mogę stawiać sobie wysoko poprzeczkę i ją przeskakiwać, nawet jeśli wszyscy inni zrobili to daleko przede mną;). Chciałam też przypomnieć samej sobie, że wciąż mogę  robić ciekawe rzeczy w życiu, że panuję nad ograniczeniami i słabościami, które przyniosła kiedyś choroba.

Miałaś jakieś obawy przed startem?
Oczywiście. Bałam się, że nie wystarczy mi sił, tych fizycznych i psychicznych, że zostanę gdzieś na końcu sama i przez to zrezygnuję.

A jak na trasie? Jakieś zaskoczenia?
Brałam udział w biegu drugi raz więc znałam trasę, nic mnie nie zaskoczyło:), wiedziałam, że będzie ciężko podejść pod górę, a potem będzie ślisko i dużo błota, ale w zasadzie zmęczenie, deszcze i błoto - taki zestaw bardzo mi się podobał;).

A na mecie? Miło jest na nią dotrzeć... Co poczułaś?
Radość, że dałam radę i byłam twarda;). I piękne było to, że kilka osób czekało na mnie na mecie i szczerze cieszyło się razem ze mną.







Olcia jesteś mega!:)

czwartek, 8 maja 2014

II Biegi górskie w Szczawnicy - Rak'n'Rolling.Run!


3 trasy, 2 kraje, ponad 600 zawodników i deszcz przez cały tydzień przygotowujący szlaki na przyjęcie biegaczy – tak w skrócie można opisać II edycję Biegów Górskich w Szczawnicy, która odbyła się 26 kwietnia.

Rak’n’Rolling.Run! to biegi wyjątkowe, które wyrosły z RollinguNie boimy się żyć. Nie boimy się marzyć i nie zawahamy się też, aby swoje marzenia i cele zrealizować. Taka jest idea Rollingu i z taką też ideą realizujemy Biegi Górskie w Szczawnicy. 

Pomagamy i wyciągamy z domów osoby, które chorowały na raka i wracają do życia po chorobie. Chcemy Wam pokazać, że macie jeszcze wiele do zrobienia, że czasem jest ciężko, ale można osiągnąć cel jak się tylko mocno zaprze. Tym, z Was którzy jeszcze nie mogą być z nami, ponieważ chorują, przekazujemy moc pozytywnej energii i część wpisowego zawodników, które trafi wprost do Fundacji – wierzymy, że pomoże! Trzymajcie się!



Hardy Team w Hardym Rollingu

Podobnie jak w roku ubiegłym w biegach wziął udział Hardy Team składający się z osób, które pokonały raka, a teraz zmierzyły się z kolejnym wyzwaniem. Dlaczego Hardy? Gdybyście zobaczyli ich na trasie nie mielibyście wątpliwości. Hardy ... b
o wytrzymały, odporny, trochę butny i niepokorny – taki jak każdy, kto zmierzył się z chorobą i wygrał, każdy kto uparcie dąży do realizacji swoich marzeń. Zawodnicy Hardego Rollingu w tym nasza Ania, Beata i Ola wystartowali w dwie godziny po maratończykach. Punktualnie o 11 na starcie zjawiło się 100 osób, które za cel postawiły sobie przebiegnięcie 6 km Hardego Rollingu. Na zawodników czekało mega syte błotniste podejście, uwieńczone radością z osiągniętego szczytu i wspaniałymi widokami rozpościerającymi się z Szafranówki, a następnie szybki i bardzo błotnisty zbieg czy ślizg wąwozem w kierunku deptaka nad Grajcarkiem. 




Błoto, pot i łzy czyli Niepokorny Mnich.

Dawno dawno temu na słowackim Spiszu w Czerwonym Klasztorze, żył Brat Cyprian - mąż wielce uczony, ale duchem niespokojny. Jego największym marzeniem było latać jak ptaki, choćby orły. Dlatego też przez długie lata pracował nad wykonaniem maszyny latającej, którą jak głosi legenda ... wykonał! A, że był niepokorny, odważny i niezłomny w osiąganiu swoich celów nowa trasa 94 kilometrowego ultra maratonu od tego roku nosi nazwę „Niepokorny Mnich” - niepokorny tak jak wszyscy, którzy mierzą wysoko i zmierzą się z tą trasą. A było się z czym mierzyć. Trasa biegu wiodącego w połowie po Polsce w połowie po Słowacji okazała się bardzo wymagająca – do mety dotarło 73% startujących, z czego wielu w okolicach limitu czasu. 





Wielka błotna Prehyba

Punktualnie o godzinie 9:00 w ślad za uczestnikami Niepokornego Mnicha na trasę ruszyło 339 zawodników maratonu Wielka Prehyba (42 km) w tym nasz Hardy Szymon. Trasa biegu prowadziła szlakami Beskidu Sądeckiego przez Radziejową i granią Małych Pienin do samej Szczawnicy. W 95% trasa wiodła obłoconymi do granic możliwości szlakami górskimi po leśnych ścieżkach, polanach i szutrach. Pomimo padającego nieustannie deszczu, przeplatanego niezbyt długimi okresami słońca, do mety dotarło 307 zawodników.