środa, 16 stycznia 2013

Raknrolling - simply the best!


Ostatni dzień jazdy do Zwrotnika Raka z założenia miał być przedostatnim... okazało się jednak trochę inaczej...
 

Nie myślałam o finiszu, o symbolicznym celu i końcu projektu. Mimo, że został nam tylko kontakt smsowy, to FejsBookowy doping spowodował, że czuliśmy, że bezwględnie musimy dać z siebie maximum! Codziennie rolling! Codziennie powtarzane czynności: wyspać się, spakować, rozpakować, najeść, napić ... Ot - rutyna, ale taka niezwykła - ograniczona do minimum. To chyba nazywają Wolnością! Romantyczny banał nierozerwalności z naturą i poddania żywiołom: słońce, deszcz,wiatr. Poukładanie i prostota świata ograniczonego do podstawowych czynności. 

I czas! 

W końcu - Jest!!! 

Rozkminiam tematy od dawna zarzucone. Z codziennego myślenia o ludziach i wydarzeniach, jest czas na filozofowanie, kreacje ponad obowiązkową. Myślę, że to leczy - z mini depresji, nałogo-przyzwyczajeń i jestem przekonana ze wygania raka. W wyprostowanym i posprzątanym nagle świecie trudno się zagnieździć, przylepić, nie ma miejsca na rako-szykane ...


Tak myślę, a droga mija ...
Sahara Zachodnia to dzikie i bardzo klimatyczne tereny. Niedocenione i niezeksplorowane - im bardziej na południe tym coraz mniej ludzi, osad. Za to więcej patroli wojskowych. Czasu mamy mało więc pedałujemy codziennie - ile wlezie. Droga pięęęęęęęękna i malownicza, choć od wczoraj wkradła sie pustynna monotonia...


Poniosłam dziś komunikacyjną porażkę. Siejemy się z tego cały dzień. 
Jedziemy, zatrzymuje nas marokański patrol (kontrola na drodze jak zwykle). Sprawdzają nam paszporty, pytają o zawód., spisują dane... Trwa to standardowo z 20 minut. W międzyczasie jeden z funkcjonariuszy zagaduje: 
- Skąd jedziecie? Po co? Gdzie?etc.. 
Staram się wytłumaczyć:
- Do Zwrotnika Raka - rowerami. 
- Po co? 
- Dla walczących z chorobą. 
Nasz oficer nie bardzo rozumie. Nie poddaję się. Pokazuję mu nasze pocztówki raknrollingowe przedstawiające rozjechanego, smutnego raka. I nagle - olśnienie.
- A crab!
- Nieee. - kręcę przecząco głową -  Nie crab tylko cancro! Tumore! 
Na to policjant zadowolony: 
- Oui! Langosta! Poisson! - (czyt. Homar, ryba!) i zaczyna grzebać w komórce pokazując swoje zdobycze wędkarskie :-))) 
Nie wierzyłam własnym uszom...a Jerry już prawie pryskał ze śmiechu.
Załamałam ręce ... no trudno...
..... więc Kochani! Raknrollingujemy na Zwrotnik Raka ...  po duuuużą rybę :-))


 Po 10 dniach pedałowania drogowskaz na drodze wskazywał 150 km do Dakhla - miasta na Saharze Zachodniej leżącego najbliżej Zwrotnika Raka. Byliśmy po trzech "sahara campingach" na dziko i choć to "czysta przyjemność", to jednak już mocno zakurzona i przepocona. Poczuliśmy potrzebę "luksusu" czyt. umycia się "normalnie" (w minimum 4 litrach wody). 


Tymczasem wiatr zaczął nam sprzyjać. Było jeszcze dość wcześnie, a cel zaczynał nabierać  realnych kształtów. Poczyliśmy, że jesteśmy już naprawdę blisko. Pojawiła się pokusa by zaatakować Zwtotnik Raka jeszcze tego dnia. Rozpoczęła się walka z czasem. Było już po 17tej, więc generalnie najwyższy czas szukać noclegu. Do Zwrotnika - ok 20 km, ale gps rozładowany i mamy wątpliwości - czy tablica znana ze zdjęć nadal tam jest... 

Jedziemy dalej. Wiatr wieje cały czas w plecy, więc pedałujemy ile sił w nogach.

- Jest tablica!!!! Patrzcie jest!!! Dojechaliśmy!

 Radocha! Stajemy, grzebiemy w sakwach poszukując flagi, żeby zdążyć ze zdjęciami póki słonce! Za moment okazuje się,  że nie jesteśmy sami. Nasi "wojskowi opiekunowie", których kolejne patrole śledzą każdy nasz krok  na Saharze Zachodniej, przybyli w ślad za nami. Nieco zdziwieni zamieszanem i naszą euforią trafycyjnie przeszli do rutynowych pytań: dokad jedziemy, paszporty i zawód. Oddaliśmy paszporty i kompletnie się nie przejmując ich obecnością kontynuowaliśmy sesje zwrotnikową. 


Okazało się, że to nie koniec pozytywnych zdarzeń tego dnia. Spotkaliśmy najwspanialszych żandarmów na świecie. Jak tylko uświadomiliśmy im, że właśnie dotarliśmy do celu 3 miesiecznej misji, poczęstowali nas pomarańczami i szczerze pogratulowali. 

W czasie miłej pogawędki padło jednak pytanie: 
- I co teraz zrobicie?? 
Zapadał już zmrok, robiło się zimno, na naszych licznikach 174 km, a zapas wody marny, więc zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba udawać bezradność. 
- Teraz musimy złapać stopa! Musimy przejechać 30 km do głównego skrzyżowania z drogą do Dakhla. 
Dodam, że było to dość abstrakcyjne stwierdzenie. 4 osoby z rowerami na drodze gdzie w ciągu całego dnia pzejeżdża moze z 5 pick-upów zdolnych do transportu takiej ekipy. No i zmrok... Nasi stróżowie  poczuli za nas odpowiedzialni. Jeden z nich wsiadł w auto i gdzieś pojechał, drugi został z nami na Zwrotniku. Ledwo zdążyliśmy się ubrać, nasz żandarm stróż zatrzymał wielką ciężarówkę... Okazało się, że kierowca wraca z Mauretanii bez załadunku, więc rowery - jak stały z pełnym osakwowaniem wjechały do przyczepy, a nasza czwórka, z kierowcą i pomocnikiem wskoczyła do szoferki :-)) 


Jazda jak w limuzynie! Nowiutka, super wygodna ciężarówka sunęła miękko po drodze, nasi żandarmowie w ramach obstawy - eskortowali nas, a kierowca nadrobił prawie 100 km i zawiózł nas na przedmiescia Dakhli. Taki był finał 1200 km trasy z Agadiru. 

Raknrolling - simply the best! 

Agnieszka Grudowska




środa, 9 stycznia 2013

Pokazaliśmy rakowi wielkiego FAKA



Już tylko 10 dni do wyjazdu, nie mogę się doczekać. Powoli zaczynam się zbierać, szykuję rzeczy sprawdzam sprzęt, kupuję niezbędne produkty. Mam już pożyczony śpiwór (bardzo ciepły), chyba jestem gotowa… Matko jak ja się cieszę!!!!!

10 XII 
Po całonocnej podróży autobusem dojechaliśmy do Berlina. Jest 7:45. Pogoda koszmarna, pada śnieg z deszczem i jest zimno, czyli ze spaceru nici. Do odprawy mamy jeszcze 3 godziny. Jestem bardzo szczęśliwa, że to już się zaczęło. Podróż rozpoczęta!!! Na lotnisku wszystko poszło szybko i  raz dwa byliśmy po odprawie. Wzbiliśmy się ponad chmury… Pokazało się słońce, które towarzyszyło mi podczas całej dalszej trasy. W samolocie dużo turystów czyta przewodniki, ja mam to za sobą. Ostatnie wieczory spędzałam z przewodnikiem w ręku. Już za chwilę zobaczę Marrakesz. Jak bardzo zdziwiłam się kiedy zobaczyłam naklejki na bagażu ze skrótem RAK – (to oznaczenie Marrakeszu). Dobre miejsce aby zacząć rolowanie raka. Wylądowaliśmy, szybka odprawa. Zaczęliśmy składać rowery czym wzbudziliśmy zainteresowanie Marokańczyków i turystów. To zainteresowanie towarzyszyło nam podczas całej wyprawy. Z lotniska pojechaliśmy na dworzec kolejowy, piękny cały wyremontowany „cud miód”. I tu zaczynają się już nasze przygody… Dworzec co prawda nowy i piękny, ale z rowerami wchodzić nie można. Cóż było robić musimy tej nocy dostać się do Casablanki aby  przejąć  pałeczko-zeszyt sztafetowy od 6 etapu. Niedaleko był przystanek Autobusowy CTM, tu można już było przewieźć rowery. Trzeba tylko poczekać kilka godzin do 1:45 w nocy. Rozłożyliśmy nasze karimaty w poczekalni i próbowaliśmy trochę odpocząć. Byłam tak podekscytowana, że nici z relaksu. Marrakesz nocą jest piękny. Druga doba w podróży, po 30 godzinach od wyruszenia z Warszawy  jestem w Casablance. O piątej rano dotarliśmy do hotelu. Padliśmy.

 11.12.2012
O 8:30 pobudka szybkie śniadanie, decyzja żeby już dziś opuścić Casablankę. To bardzo duże miasto i niezbyt przyjazne rowerom (ogromny ruch na ulicach i zasady ruchu drogowego inne niż w Polsce ;)). Musimy zdążyć na autobus do Al-Dzidy, który jest o 12: 30. Czas start. Szybkie przywitanie oceanu, ogromne fale, zapach, biegiem zobaczyć z zewnątrz Meczet Hassana II. Czas na przejęcie oficjalne naszego etapu, sesja zdjęciowa, na rowery i szybko na dworzec. Po ulicach Casablanki na rowerze jeździ się okropnie. Mam duszę na ramieniu, jeżdżąc slalomem między samochodami. 7 etap zaczął się od podróży autobusem. Rowery zapakowane i jazda. Maroko zza szyby - dużo zieleni, palmy, pastwiska. Dotarliśmy na miejsce o 16 zostawiliśmy rzeczy w hotelu, poszliśmy na spacer, następnie na obiad. Pyszne owoce morza, ryby oraz sałatka. Zaczyna się pięknie, mam wszystko co lubię rower i ocean. Zapowiada się wspaniałe żarcie. Oczywiście po każdej uczcie herbatka marokańska (zielona herbata z miętą) i jeden minus duuuuuuuuuuuużo cukru. Wróciliśmy do hotelu. Usiedliśmy na dachu skąd mieliśmy piękny widok na Al-Dzidę nocą. O 21 nawoływanie Muezzina  do modlitwę rozległo się z pobliskiego meczetu, te nawoływania będą nam towarzyszyć przez cały pobyt w Maroku. Cisza nocna 22:00. 

12.12.2012
Pobudka 7:00, śniadanie: kawa, bagietka, ser. Ostatnie poprawki przy rowerach i jazda. Droga wzdłuż oceanu, bardzo mały ruch. Pogoda piękna, słońce i błękitne niebo. Pierwszy postój po 20 km na małe co nieco: figi i daktyle z kawą. Jala, jala, jala, szybciej, szybciej. Do pokonania - 85 km. Uśmiech nie znika mi z twarzy, jest pięknie, cały czas zachwycam się przyrodą. Zmęczenie, co tam zmęczenie. Jazda na rowerze z całym swoim dobytkiem w sakwach to nic w porównaniu z radością, że tu jestem. Powoli pokonuję kilometr za kilometrem, roluję raka swojego i wszystkich którzy o to prosili. Raku DRŻYJ. Ze mną nie masz szans. Tutaj jest jak u nas w maju, czerwcu, ciepło i wszystko kwitnie. Dokonuję ogromnego odkrycia, wiem gdzie zimują nasze skowronki. Docieramy do Oualidy, ok. 16:00 zatrzymujemy się w hotelu, gdzie poznajemy Jean-Pierra z Belgi. Podróżuje na rowerze już trzy miesiące i zamierza przejechać cały świat w 3 lata. Od dziś będzie podróżował z nami. Jest bardzo sympatyczny i spokojny, a ponieważ chodzi w żółtej koszuli zostaje mu nadany przydomek – Kanarek. Idziemy wspólnie na kolację gdzie zjadamy Tadżin z wołowiną, jarzynami, pyszną zupę Harire. Zrobiliśmy zakupy na jutrzejszy dzień, wodę, jogurty i mandarynki - jest teraz sezon więc są pyszne. O 21 padam. Jestem bardzo zmęczona. Ciekawe jaki będzie jutrzejszy dzień. 


13.12.2012
Ruszamy o 8:30 przed nami 80 km. Droga wzdłuż oceanu, klifowe brzegi, widoki aż dech zapiera. Po 30 km pierwszy postój w Miejscowości Bedduzia, gdzie zjadamy szprotki z grilla. Ryby dopiero co wyłowione, posypane solą, nie skrobane i nie patroszone. Pyszne, soczyste mięsko Uczta Bogów w miejscu gdzie nasz sanepid…. szkoda gadać. Marokańczycy bardzo mili, uczynni  dziękują za to że zatrzymaliśmy się u nich na rybkę. Mówią, że to dla nich zaszczyt. My nie możemy do końca uwierzyć w to co nas spotyka, uczta za grosze. Dużą pomocą jest nasz nowy przyjaciel rowerowy Jean-Pierr, który zna biegle francuski i angielski (my posługujemy się tylko angielskim). W Maroku w każdej wsi dogadasz się tylko po francusku. Możemy podziękować i wiemy że jesteśmy zrozumiali nie tylko na migi . Ruszamy dalej, drogi coraz piękniejsze ale też coraz trudniejsze, dużo podjazdów, a potem nagroda z górki na pazurki. Czasami musiałam podprowadzić rower bo było  bardzo ciężko.  Jednak ciężkie sakwy, upał i góry dają w kość. Lecz nie na tyle żeby choć przez ułamek sekundy żałować że tu jestem. Kolejna górka, już przestaję liczyć, która 15 , 16?. Nie nawet z przerzutkami na 1 i 1 nie dam rady. Upał, muszę podejść. Wspinam się i wspinam, pcham ten rower i pcham ….mija mnie Camper z Angli. Zatrzymują się i pytają: „Czy coś się stało bo minęliśmy już dwie osoby które pchają rowery.” odpowiadam że wszystko jest ok. Tylko w ten sposób odpoczywamy. Wreszcie góra zdobyta, żar się leje z nieba pot z czoła a na poboczu zobaczyłam zdechłego psa no nie tu na pewno nie odpocznę. Dość żwawo wskakuję na rower, przecież nie mogę skończyć jak to zwierze J. Dziś pobiłam rekord prędkości jazdy na rowerze 50 km, co prawda z górki. Oczywiście miałam kask ale jak pomyślałam możliwej wywrotce ojjjjj ojjjj, chyba jednak nie lubię dużych prędkości na rowerze. Dojechaliśmy do Saffi i w hoteliku o dźwięcznej nazwie Paris zatrzymaliśmy się. Marzyłam tylko o prysznicu. Wchodzę do łazienki, zdejmuję przepocone ubranie odkręcam kurek. Czekam a tu zimna woda, sprawdzam drugi kurek i to samo lodowata. Cóż  było robić,  zimny prysznic postawił mnie na nogi błyskawicznie, nie ma nawet śladu po zmęczeniu. Ruszyliśmy na poszukiwanie czegoś dobrego na kolację– miejscowy właściciel apteki polecił nam miejsce gdzie można zjeść pyszne owoce morza i ryby. Syci udaliśmy się na spacer po Medinie, o 22:00 byliśmy już w łóżkach. Plan na jutro pobudka o 7:30 i o 9:00 wyruszamy.


14.12.2012
Śniadanie omlet z oliwkami, sok z pomarańczy i kawa. My już gotowi, a dzień powoli budzi się ze snu, słońce, błękit nieba i czego więcej trzeba…Oprócz błękitnego nieba nic dziej nie potrzeba, oprócz góry wysokiej… Ta piosenka dziś zamieszka w mojej głowie na cały dzień. Mieliśmy w planie poplażować i zażywać kąpieli nie tylko słonecznych. Ja jak tylko usłyszałam o wodzie gdzie będę się kąpać dostałam tyle zapału i siły, że wszystkich tylko wyprzedzałam i poganiałam Jala jala jala. Dziś ja krzyczałam. Jest!!!!! Widać z górki łagodny brzeg i piaszczysta dzika plaża. Pedały aż się grzały, rekordy prędkości znowu pobite. Szybki rekonesans, sprawdziłam. Tak to dobre miejsce. Jeszcze tylko do przebieralni tw. w krzaki i do wody. Było świetnie fale ogromne. Sponiewierał mnie ten ocean, oj sponiewierał. Ja oczywiście śmiałam się cały czas i piasek wdarł się nawet do ust. Piling całego ciała gratis. Woda dużo cieplejsza niż Bałtyku ale w cieplejszych morzach też się już pluskałam.  Po kąpieli czekała na mnie pyszna kawa zrobiona przez Michała. Na ten pyszny, czarny, magiczny, napój mogłam zawsze liczyć. Mój wspaniały towarzysz ekspres na gaz miał w sakwach. Musiałam trochę poczekać aż się wysuszę i wykruszę. Ruszyliśmy dalej do pięknej miejscowości letniskowej, opustoszałej zimą. Życie tliło się tylko w mały wiejskim porcie. Zrobiliśmy zakupy na kolacje. Mieliśmy zamiar nocować dziś w namiotach. Minęliśmy gaje oliwne, skupy oliwek, zapach oliwek. Około godziny 16 :00 zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem . Zboczyliśmy z drogi i po przejechaniu  2 kilometrów  znaleźliśmy dogodne miejsce do biwakowania. W małym zagajniku tuż przy oceanie. Każdy dostał zadanie do wykonania, ja miałam przygotować kolację. Zrobiłam kuskus z rybą z puszki, cebulą, oliwkami, płatkami chli i czosnkiem. Do picia była woda i woda ognista. Kawę wypiliśmy przy ognisku, pogadaliśmy, pośmialiśmy się trochę i poszliśmy spać. Wymyłam się jak kot-  mokrymi chusteczkami. Przy ognisku spał Michał i Jan-Pier, Karolina, Marysia, Kasia, Łukasz i Ja w namiotach. Niebo pełne gwiazd a ocean nucił kołysankę. Szybko usnęłamm ale niestety coś z moim namiotem było nie tak. Od środka na całej powierzchni skraplała się woda i kap, kap na głowę. Powiem krótko deszcz nie padał, a noc miałam mokrą i długą.

  
15.12.2012
Wstaliśmy o 7:00, kawa, jajecznica w chlebku marokańskim, jogurt. Nawet pod gołym niebem mięliśmy wspaniałą ucztę. Droga zaczęła się bardzo ciężko, góra goni górę, kraina Mordoru . Upał nie miłosierny. Zatrzymaliśmy się po 20 km na herbatkę i szybka narada. Dziś jest do przejechania 95 km, a są tylko góry, mało czasu i na pewno będziemy jechać powoli. Musimy zdążyć przed zachodem słońca, który jest o 17:30. Dzielimy się zatem na trzy grupy, mamy marokańskie numery telefonów i umawiamy się w Essawuiże. Liczyliśmy na pomoc miejscowej ludności to znaczy liczyliśmy na złapania autostopu. Zaraz po starcie Michałowi łamie się szprycha, trzeba naprawić koło. To właśnie on jeden z Harpagonów pierwszy odjeżdża samochodem. Ja razem z Marysią ruszamy ile tylko siły w nogach. Pędzimy to nie dobre słowo, poruszamy się w żółwim tępię. Krajobraz bajeczny, góry, ocean, humor nas nie opuszcza. Żartując, że musimy zasłużyć na stopa pokonujemy kolejne kilometry. Mijamy policje, która  jak nasz drogówka stoi z radarem i łapie piratów drogowych. Dobrze że to nie dziś biłam rekordy na rowerze:). Krótki odpoczynek i przed naszymi oczami ukazuje się góra Mordoru. Scena jak w jakimś westernie, powietrze faluje od temperatury, pusto, żadnego samochodu. Na poboczu kosodrzewina i lawenda. My i góra…… Kto wygra? Daleko w dole, to chyba samochód a nie fatamorgana. Machamy naszymi zmęczonymi łapkami. Zatrzymał się pick-up. W szoferce jest kierowca i kobieta z małym dzieckiem, a na pace starszy mężczyzna i drzewko oliwne. Oczywiście i dla nas znajduje się miejsce, szczęśliwe gramolimy się. jesteśmy uradowane. Za tą nieszczęsną góra jest Essawuira. 15 km dzieliło nas od celu. Po drodze samochód zatrzymuje się i nasi wybawcy rozmawiają między sobą ze po arabsku. Po chwili zwracają się do nas po angielsku i zapraszają na herbatę do siebie do domu. Jesteśmy takie uradowane, będziemy z wizytą u marokańskiej rodziny! Okazuje się, że mieszkają przy samej Medynie w pięknym ogromnym, nowym domu i ten starszy mężczyzna (68lat) to Imam. Jest to muzułmański duchowny. Zostałyśmy poczęstowane obiadem– tadżin z mulami oliwkami, pomidorami i ziemniakami. Ogromną radość wzbudziłyśmy kiedy powiedziałyśmy, iż chcemy jeść tak jak Oni i za sztućce dziękujemy. Jedzenie paluchami jest takie przyjemne. Muszę się powtórzyć i powiedzieć UCZTA BOGÓW, Raj w Gębie, palce lizać!!!!!!!  Po obiedzie obejrzałyśmy cały dom, oglądałyśmy zdjęcia, rozmawiałyśmy o Bogu, Polsce, Maroku, o naszej wyprawie, o raku. Bardzo nas zapraszali na noc, niestety nie mogłyśmy zostać, byłyśmy umówione z całą naszą grupą. Wymieniłyśmy się adresami, obiecałam że przyślę im nasze wspólne zięcia jak tylko wrócę do Polski. Podziękowałyśmy za gościnę i ruszyłyśmy na spotkanie. Byli już wszyscy. Karolina i Jeam-Pierr jak na stachanowców i harpagonów przystało pokonali całą trasę bez pomocy samochodu. Kasia i Łukasz też podjechali pod górę Mordoru samochodem.  Michał już na nas czekał z naprawionym rowerem. Rozlokowaliśmy się w wynajętym mieszkaniu i poszliśmy zobaczyć zachód słońca. Czułam się jak bym była w bajce, ocean mienił się wszystkimi kolorami. Wpadliśmy na chwilę do portu, a tu  mewy, kutry, rybacy i handel tym co udało się złowić dziś. Większości morskich  zwierząt  nie byłam w stanie rozpoznać tylko szprotki, ośmiornice, kraby, płaszczki. Zgłodnieliśmy oglądając te wszystkie dary morza i poszliśmy coś przekąsić. Po drodze zobaczyłam w sklepiku koszyk wyszywany cekinami (mienił  się jak woda w oceanie- tu moje zamiłowanie do torebek wzięło górę). Wytargowałam naprawdę super cenę i był już mój. Gdyby ten sprzedawca wiedział, że to była miłość od pierwszego wejrzenia chyba tak szybko nie zgodziłby  się na obniżkę. Poszliśmy spać pełni wrażeń, to był wspaniały dzień.



16.12.2012
Pobudka o 7:00  trzeba się spakować i ruszyć do autobusu, dziś musimy już być w Agadirze.  A to już tylko góry, serpentyny, góry, serpentyny……. i taka dalej. Wieczorem ma być przejęcie etapu przez Harpagonów którzy pokonają ponad 1000 km  do celu naszej sztafety czyli na Zwrotnik Raka. Droga z okien autobusu piękna, ale tez piekielnie trudna… może innym razem pokonam ten odcinek na rowerze a może jednak nie:). Dojechaliśmy szczęśliwie. Ekipa z 8 etapu już na nas czekała, poszliśmy na  wspólną kolacje. My pełni wrażeń z naszego właśnie zakończonego etapu z żalem przekazaliśmy pałeczkę. Gdybym tylko odpoczęła 2 dni pojechałabym dalej, powolutku,  do przodu i gdzieś w okolicy Wielkiej Nocy była bym na Zwrotniku.

17.12.2012 -18.12.2012
8 etap ruszył dość wcześnie. Mają do przejechanie 140 km. Śniadanko i wypad  chociaż na kilka godzin na plażę. Fale ogromne, ciepła woda, słońce, relaks. Pozbierałam trochę muszelek na pamiątkę. Trzeba było już wracać do hotelu. Dziś jeszcze czeka na nas Marrakesz. I tu mogę zakończyć relację z mojej Wyprawy Życia. Jeszcze dwa dni w Marrakeszu, wyprawa w góry Atlas, gościna u Anny i Norddiego,  muzyka Marokańska, wizyta u artysty plastyka, wspaniałe kalmary. 




19.12.2012
Samolot do Polski, żegnaj Maroko ja tu jeszcze wrócę.
Do dziś mam w głowie ten mój rok”n”roling. Dziękuję całej mojej kochanej drużynie – Kasi  Czy i Łukaszowi Czy, to oni utworzyli stronę na „Do more”, gdzie zbieraliśmy kasę na podopiecznych fundacji Rak&roll, Marysi Be vel rzepik za wspólne łapanie stopa. Karolinie Sypniewskiej za wspaniały budzik każdego dnia… Michałowi Semrau z wyśmienitą kawę, która codziennie rano podnosiła mi ciśnienie. Było mi z WAMI wspaniale. To była przede wszystkim jazda na rowerze, ale były też rozmowy, żarty, spacery, jedzenie i picie. Z każdym z was mogę jeszcze raz ruszyć w drogę choćby na koniec świata. Mam nadzieje, że Michałem jeszcze nie raz zjem papryczkę!!!! Karolinko, mój wspaniały OPIEKUNIE zabierzesz mnie gdzieś w świat, oczywiście na rowerze. Może być rower  wodny dla odmiany. RAZEM CAŁA NASZA SZÓSTKA POKAZAŁA RAKOWI WIELKIEGO FAKA!!!!!!!!!! Rak nie miał żadnych szans kiedy spotkał nas. Kolejny raz udowodniłam sobie, iż najważniejsi są LUDZIE, których spotykamy na swojej drodze. Dobrzrze, że Was spotkałam:)


 Tekst: Gosia Ciszewska Korona


wtorek, 8 stycznia 2013

Rak‘n‘Rolling - RAKU DRŻYJ!


Nie myślałam, że mnie na to stać. Że wsiądę na rower i pojadę w kierunku Zwrotnika Raka...

Są w człowieku jednak pokłady siły, jakiej się nie spodziewa. Dla mnie były one zaskoczeniem!:)

Bo kiedy usłyszałam o projekcie, to najpierw pomyślałam, że jest nie dla mnie. No bo gdzież tam, Jaaa..? Na podróżników patrzyłam zawsze z wielkim szacunkiem i podziwem, ale poprzeczka ich wytrwałości i determinacji, wydawała mi się nie do osiągnięcia. Ja jestem babą w pełnym tego słowa znaczeniu. I ja mam jechać na ROLLING???


A zaraz potem pomyślałam, że przecież ja już raz w taką podróż musiałam wyruszyć, gdy usłyszałam diagnozę RAK. I wtedy,tamtego raka,  przejechałam! Dawno! Na tyle dawno, by zapomnieć jaki ze mnie HEROS! Postanowiłam więc, że i teraz nie dam sobie taryfy ulgowej ani prawa do myślenia o sobie jak o mięczaku! Zrobiłam samej sobie na przekór i pojechałam.


Bardzo się cieszę, że jechałam z Malagi do Casablanki! Że akurat tam! Widziałam piękny, pełen kontrastów kawałek Ziemi. Złapałam tam jeszcze trochę zeszłorocznego słońca we włosy! Poza tym te granice... Lubię do życia podchodzić metaforycznie, a TE granice (4-ry za jednym zamachem!)  to jakaś taka gigantyczna metafora! Gibraltar - granica Państw (Hiszpanii i Maroka), granica kontynentów (Europy i Afryki), granica mórz i oceanów (Śródziemnego i Atlantyku) i najtrudniejsza do przekroczenia – granica swoich możliwości (pomiędzy mocą a niemocą własną), ta była największym zadziwieniem.

  

Rolling to inna podróż, inne zwiedzanie, inne życie. Z perspektywy roweru można widzieć więcej, w innym tempie, i w innym celu niż tylko zwykłe oglądanie. To jest po prostu FANTASTYCZNE!

Smaki Afryki jakimi zajadaliśmy się codziennie, zapachy jakimi się zaciągaliśmy, widoki pełne niesamowitych wrażeń, spotkania z ludźmi, to zostanie mi w pamięci na zawsze. A dodatkowo świadomość tego, że my-„etap 6-ty”, jesteśmy częścią większego planu, świadomość NIESAMOWITEGO celu, w kierunku którego podążamy, dodawała wielki power!   

 

Było nas czworo w drużynie i mam wrażenie, że udało nam się stworzyć team doskonały! Jak w sprawnie wyregulowanym urządzonku, każdy wiedział po co jest i co ma robić. I czuć było jakąś taką niesamowitą koncentrację na drugim, troskę i opiekę. Ja ją czułam! 


Karolina Sypniewska zarażała energią i humorem. Wiozła w sakwach tony kabanosów i owsianki, którymi obdarowywała obficie. A owsianka na rowerze smakuje wyjątkowo! J Jak rasowa liderka zwana przez nas „czyrliderką” wiedziała jak zapewnić sobie naszą dozgonną miłość. To osoba, która wejdzie wszędzie, dogada się z każdym i załatwi wszystko!
  

Kuba Marciniak nie dostał ani razu zadyszki, nawet pod najwyższą górę! Na prawdę! Porażał siłą spokoju i siłą wsparcia. Serwisował nasze rowery z takim zaangażowaniem, że potrafił wejść z nimi nawet pod prysznic! :)



Michał Semrau rozmawiał z dżipiesem :) , dzięki niemu zawsze było bliżej niż myślałam! Potrafił też na każde zawołanie, w każdych warunkach i bez względu na wszystko zaparzyć mocną, cudowną, aromatyczną kawę! Z uśmiechem jak zwykle gratis.





Dzisiaj jestem już w domu. Silniejsza o TO doświadczenie. I myślę że warto czasem w życiu porwać się z motyką na słońce. Warto zrobić coś sobie na przekór. Aby pokazać, że rzeczy niemożliwe stają się MOŻLIWE! No bo stają się, prawda? :)

Monika Dąbrowska