wtorek, 22 października 2013

AFRYKA DZIKA jeździ dla Roberta


Bohater dnia – Robert.
Afryka Dzika jedzie dla niego. Klikajcie, rozsyłajcie. Dla RobertaJ

Kup teraz: http://allegro.pl/rower-afryka-dzika-i3644163325.html


Kilka słów o mnie? Mieszkam w Dobrem woj. kujawsko-pomorskie. Mam 43 lata. Interesuję się sportem i motoryzacją. Moja pasja to samochody. Czytam dużo informacji na ten temat. Nawet sam lubię remontować i przeglądać stan techniczny samochodów. Jestem odpowiedzialny, sumienny i pracowity. Nie poddaję się tak szybko bez walki. Zawsze szukam jakiegoś dobrego wyjścia z danej sytuacji.
Jak zaczęła się choroba? Pierwsza diagnoza, którą postawili lekarze była błędna. Stwierdzili, że to guz ślinianki. Miałem robione wszystkie badania w tym kierunku i ustalaną datę operacji. Jednak przed operacją postanowiłem skonsultować się jeszcze z innym lekarzem w Warszawie. Tam pani doktor stwierdziła, że to nowotwór krtani (nieoperacyjny) z przerzutami do węzłów chłonnych. Powiedziała, że gdyby zrobiono mi operację na guza ślinianki stałaby się tragedia. Zastosowano radioterapię i chemię ambulatoryjnie, gdyż nie było miejsca w szpitalu. Nie mogłem dłużej czekać, ponieważ choroba bardzo szybko postępowała. Zaaplikowano mi 35 zabiegów w postaci radioterapii i 7 chemii. Leczenie ambulatoryjne dla zwykłego człowieka, który dojeżdża 100 km w jedną stronę jest bardzo kosztowne, ale tonący brzytwy się chwyta. Być może, że po tym leczeniu będzie konieczna jeszcze operacja.
Marzenia do spełnienia? Największym moim marzeniem jest oczywiście to, abym wyzdrowiał. Chciałbym jeszcze długie lata spędzić razem z moją rodziną - żoną i córką:)
   
Szczegółowe informacje dotyczące aukcji znajdą Państwo na stronie: https://www.facebook.com/RaknRolling

Szczegółową specyfikację roweru można znaleźć pod adresem: http://www.rowerymerida.pl/produkt563/crossway-40-v-rower-merida.html

poniedziałek, 21 października 2013

Rower "Afryka dzika" wjeżdża na salony


Już dziś wieczorem na salony allegro wjedzie kolejny rower w naszej niezwykłej kolekcji. Tym razem do zgarnięcia "Afryka Dzika", skąd taka nazwa? wystarczy na niego spojrzeć... Niezłe cacko:)


„AFRYKA DZIKA” wyszedł z warszawskiej pracowni rowerowej The Hill Workshop: (https://www.facebook.com/thehillwarsztat).

„AFRYKA DZIKA” jedzie dla Roberta

Po zakończeniu aukcji Afryka Dzika trafi do nowego właściciela, a kwota ze sprzedaży roweru trafi na konto Roberta. Każdy może wziąć udział w aukcji, zakupić nowy wspaniały rower i pomóc RobertowiJ


Bądźcie z nami!
Bądźcie czujni!

niedziela, 20 października 2013

Rowery do zadań absolutnie specjalnych


Na kilka dni przed rozpoczęciem Wyprawy na Zwrotnk Raka dotarły.
Zapakowane w kartony, rozkręcone na części ... miały wyglądać o tak:



i umożliwić przejechanie trasy liczącej ponad 5000 km

a co było potem?

Wyruszyliśmy z Warszawy.
Ekipa zapalenców (tak mówili):)
Porywając się motyką na słońce. 
Za cel obraliśmy Zwrotnik Raka i pokazanie komu trzeba FAKA.


Wyprawa trwała. A Meridy skręcały się i szlifowały do startu.
W końcu dotarły razem ze mną do Czeskich Budziejowic.
I rozpoczęła się ich wileka przygoda i wielki test.


I od razu wystawiliśmy je (i siebie) na ciężką próbę.
Śniegi i mrozy jesienej Austrii nie dały im rady. 
Co noc zasypywane śniegiem...odkopywaliśmy o poranku...
I w drogę!


Im bardziej na południe tym cieplej. 
Do pokonania setki kilometrów tym razem w deszczu, słońcu, po asfalcie i po piachu...
ile trzeba i gdzie trzeba.
To już ponad 3000 km. 
Klocki hamulcowe wymienione po raz 3:) a rowery ciągle gnają...
                                      

                                          Podróż nie oszczędzała ani nas ani naszych rowerów.
                                                          Cel tylko jeden i najsłuszniejszy.
                                         


Aż w końcu zmieniliśmy kontynet...
Jesteśmy w Afryce...tutaj nie ma taryfy ulgowej dla nikogo.
Fatalne drogi, błoto, deszcz... (a i owce:))




Są też kolejne setki kilometrów i RADOŚĆ!
A cel coraz bliżej.



Pustynie, piach, upał ... nic nas nie powstrzyma.


Aż dotarliśmy.
I pokazaliśmy ... że rak to nie wyrok, że można osiągnąć wszystko jeśli tylko bardzo się tego pragnie.
To....
Największy w historii FAK pokazany rakowi.


Po powrocie bajki trafily w ręce najlepszych serwisantów i w ręce najwspanialszych artystów.
Ci czyścili je, kolorowali, zmieniali co trzeba (a trzeba było chyba wszystko::))
Wyszły dzieła sztuki, a natura wciąż ta sama - nie do zdarcia:)

Możecie mieć jeden z nich.
Każdy z nich ma mega energię i mega historię.
Nie zawiodły nas ani przez chwilę.
Pomogły osiągnąć cel pomimo iż odległy, pomogły uwierzyć w siebie, pomogły spełnić marzenia.
Puszczamy je w świat...
niech pomagają, jadą, kręcą, podróżują dalej.


Aaaaa zapomniałam o nim...


jedziemy dalej....

piątek, 18 października 2013

Bohater dnia - Andrzej od Rollinga:)

Jest i nasz pierwszy bohater:) 
To jemu przypisaliśmy pierwszy rower "Rolling". 


Kilka słów o mnie? Mieszkam w małym miasteczku Dobiegniew, wychowujemy z żoną syna Krystiana. Prawdziwe szczęście to rodzina, dziecko i zdrowie. Uwielbiam wędkować i chodzić z synem na grzyby.

Jak zaczęła się choroba? Zachorowałem w grudniu. Trafiłem do szpitala, gdzie stwierdzono nowotwór płuca lewego, skierowano mnie na konsultacje do Zielonej Góry. Dalsze leczenie to operacja, komplikacje i kolejna operacja, a po niej kolejne komplikacje i porażenie nerwu krtaniowego. Po miesiącu wyszedłem ze szpitala. Rozpoczęła się chemia. A po jej 4 cyklu nastąpiła niewydolność nerek. Zrezygnowano z chemii. Obecnie podlegam opiece paliatywnej (domowe hospicjum). 

Marzenia do spełnienia? Mam już kochaną żonę i syna. Chciałbym żyć jak naj naj najdłużej … chciałbym też spędzić z rodziną kilka chwil razem gdzieś nad morzem. Na chwilę zapomnieć o chorobie, być z nimi, śmiać się i bawić. 

czwartek, 17 października 2013

ROWER "ROLLING" jedzie dla Andrzeja


Już jest i od wczoraj czeka na nowego nabywcę ... przed Wami Rolling w całej krasie. Niezły nie?!:)

Link do aukcji z rowerem znajdziecie, o tu:
http://allegro.pl/rower-rolling-i3632286843.html

Klikajcie, rozsyłacjcie, udostępniajcie, kupujcie, licytujcie...pomóżcie nam znaleźć mu nowego nabywcę... niech śmiga - to jego przeznaczenie. Całość kwoty z jego zakupu trafi do Andrzeja - on też będzie śmigał:) Rolling od tej pory jedzie dla niego:)

Kim jest Andrzej? 
Ja już wiem, że to ktoś bardzo wyjątkowy... niedługo więcej info o naszym bohaterze:)

A tymczasem fotki. Rowery Merida w Nowej odsłonie:










Wielozadaniowy, wysokoprzebiegowy rower antyrakowy


Ruszyło!
Rozpoczynamy wielką aukcję rowerów Merida, którymi podróżowaliśmy na Zwrotnik Raka. Rowery, które udowodniły już niejednemu, że rak to nie wyrok. Teraz stają przed kolejnym wyzwaniem. Stworzone do zadań specjalnych, spełnią marzenia podopiecznych Fundacji, którzy walczą z chorobą nowotworową.

Rowery, po zakończeniu projektu, trafiły w ręce fachowców. Przeszły gruntowny serwis, a następnie pod okiem niezwykłych artystów zamieniły się w jeżdżące dzieła sztuki.

1 rower = 1 marzenie.
Każdy z rowerów ma swoją historię. Dzięki naszym artystom – ma też swoją duszę. Każdy z nich został przypisany jednemu podopiecznemu Fundacji, który jest w trakcie leczenia. Kwota ze sprzedaży roweru trafi na konto konkretnego podopiecznego. Każdy może wziąć udział w aukcji, zakupić nowy wspaniały rower i pomóc podopiecznym Fundacji.

Więcej info:

Rak’n’Rolling to opowieść o odwadze, sile motywacji i szczęściu. To opowieść o pasji poznawania świata, o ludziach i ich marzeniach. Pokazujemy, że to co wydaje się niemożliwe jest do zrobienia. Wierzymy, że raka można pokonać. Wiemy, że nie jest to proste, wymaga dużo siły, wiary i samozaparcia. Ale wiemy też, że warto podjąć tą walkę, bo nagrodą jest życie.  

Celem wyprawy na Zwrotnik Raka było symboliczne przejechanie na rowerach raka - Zwrotnika Raka. Ekipa raknrollingowców, wśród których były osoby, które wygrały walkę z rakiem, wyruszyła z Warszawy 12 października 2012 i przez 3 miesiące pokonała ponad 5000 kilometrową trasę przez Polskę, Czechy, Austrię, Włochy, Francję, Hiszpanię, Maroko i Saharę Zachodnią. W ten sposób po raz kolejny pokazaliśmy, że to, co wydaje się niemożliwe - jest do zrobienia, że rak to nie wyrok i można go pokonać, tak jak pokonać można drogę na Zwrotnik Raka.



środa, 16 października 2013

Jest akcja!


Dziewczyny i chłopaki! Jest akcja! Odliczamy do kolejnego Rollingowego uderzenia. Tym razem na warsztat wchodzą wielozadaniowe wysokoprzebiegowe rowery Merida Polska, którymi podróżowaliśmy na Zwrotnik Raka. Rowery, które udowodniły już niejednemu, że rak to nie wyrok, stają przed kolejnym wyzwaniem. Stworzone do zadań specjalnych spełnią marzenia podopiecznych Fundacji, którzy walczą z chorobą nowotworową...bądźcie z nami!



niedziela, 6 października 2013

Mistrzowie dwóch kółek o sobie i przeciw rakowi

Gunn-Rita Dahle Flesjaa, najbardziej utytułowana kobieta w historii kolarstwa górskiego i aktualna mistrzyni świata, oraz czołowy polski kolarz szosowy Przemysław Niemiec spotkają się, by opowiedzieć nie tylko o swoich sukcesach. Pomogą też odnieść sukces osobom walczącym z rakiem. Udzielą wsparcia dla aukcji charytatywnych rowerów, które w ramach akcji Rak’n’Rolling przejechały drogę z Polski na Zwrotnik Raka, a następnie zostały pomalowane przez artystów. 

Legenda światowego kolarstwa i czołowy polski kolarz mają powody, by kończący się sezon uznać za wyjątkowo udany. Gunn-Rita Dahle Flesjaa, mistrzyni olimpijska i 9-krotna mistrzyni świata, odwiedzi Polskę jako aktualna mistrzyni świata w maratonie MTB. Tytuł ten zdobyła jako pierwsza 40-latka w historii. W sukcesy obfitował także sezon Przemysława Niemca. Jego 6. miejsce w Giro d’Italia 2013 to najlepszy wynik w tym wyścigu w historii polskiego kolarstwa i ważny znak jego renesansu. Podczas konferencji oboje chętnie opowiedzą nie tylko o swoich sportowych osiągnięciach i planach. Spotkanie z nimi będzie także okazją, by dowiedzieć się więcej o codziennym reżimie treningowym i drodze, którą trzeba pokonać, by znaleźć się na szczycie, a także o życiu prywatnym zawodowego kolarza. Zarówno Gunn-Rita Dahle Flesjaa, jak i Przemysław Niemiec to osoby nie tylko sportowego sukcesu, które z powodzeniem łączą karierę sportową z rodzicielstwem.






Pomoc w wyścigu o życie

Gunn-Rita Dahle Flesjaa i Przemysław Niemiec wygrali w swoim życiu już niejeden wyścig. Tym razem pomogą wygrać wyścig o życie innych. Podczas konferencji prasowej udzielą oni wsparcia dla aukcji charytatywnych czterech wyjątkowych rowerów. W ramach akcji Rak’n’Rolling pokonały one ponad 5000-km trasę z Polski na Zwrotnik Raka, by pokazać, że raka można pokonać tak, jak można pokonać drogę na Zwrotnik Raka. Następnie przeszły gruntowny serwis i zostały pomalowane przez rowerowych artystów.

15 października nietuzinkowe modele trafią na aukcję charytatywną. Dochód ze sprzedaży każdego roweru wspomoże leczenie podopiecznych Fundacji Rak’n’Roll walczących z rakiem. Wesprze je także licytacja pamiątek, które podczas konferencji zostaną przekazane przedstawicielom Fundacji. Znajdzie się wśród nich koszulka w tęczowych barwach, którą Gunn-Rita Dahle Flesjaa otrzymała za mistrzostwo świata UCI. 









wtorek, 1 października 2013

Jedziemy dalej ...




Bądźcie czujni!

Organizujemy wielką aukcję rowerów Merida, którymi  podróżowali uczestnicy wyprawy na Zwrotnik Raka. 

Rowery, które udowodniły już niejednemu, że rak to nie wyrok, stają przed kolejnym wyzwaniem. Stworzone do zadań specjalnych spełnią marzenia podopiecznych Fundacji, którzy walczą z chorobą nowotworową. 

Aukcja rozpocznie się już 15 października.

środa, 16 stycznia 2013

Raknrolling - simply the best!


Ostatni dzień jazdy do Zwrotnika Raka z założenia miał być przedostatnim... okazało się jednak trochę inaczej...
 

Nie myślałam o finiszu, o symbolicznym celu i końcu projektu. Mimo, że został nam tylko kontakt smsowy, to FejsBookowy doping spowodował, że czuliśmy, że bezwględnie musimy dać z siebie maximum! Codziennie rolling! Codziennie powtarzane czynności: wyspać się, spakować, rozpakować, najeść, napić ... Ot - rutyna, ale taka niezwykła - ograniczona do minimum. To chyba nazywają Wolnością! Romantyczny banał nierozerwalności z naturą i poddania żywiołom: słońce, deszcz,wiatr. Poukładanie i prostota świata ograniczonego do podstawowych czynności. 

I czas! 

W końcu - Jest!!! 

Rozkminiam tematy od dawna zarzucone. Z codziennego myślenia o ludziach i wydarzeniach, jest czas na filozofowanie, kreacje ponad obowiązkową. Myślę, że to leczy - z mini depresji, nałogo-przyzwyczajeń i jestem przekonana ze wygania raka. W wyprostowanym i posprzątanym nagle świecie trudno się zagnieździć, przylepić, nie ma miejsca na rako-szykane ...


Tak myślę, a droga mija ...
Sahara Zachodnia to dzikie i bardzo klimatyczne tereny. Niedocenione i niezeksplorowane - im bardziej na południe tym coraz mniej ludzi, osad. Za to więcej patroli wojskowych. Czasu mamy mało więc pedałujemy codziennie - ile wlezie. Droga pięęęęęęęękna i malownicza, choć od wczoraj wkradła sie pustynna monotonia...


Poniosłam dziś komunikacyjną porażkę. Siejemy się z tego cały dzień. 
Jedziemy, zatrzymuje nas marokański patrol (kontrola na drodze jak zwykle). Sprawdzają nam paszporty, pytają o zawód., spisują dane... Trwa to standardowo z 20 minut. W międzyczasie jeden z funkcjonariuszy zagaduje: 
- Skąd jedziecie? Po co? Gdzie?etc.. 
Staram się wytłumaczyć:
- Do Zwrotnika Raka - rowerami. 
- Po co? 
- Dla walczących z chorobą. 
Nasz oficer nie bardzo rozumie. Nie poddaję się. Pokazuję mu nasze pocztówki raknrollingowe przedstawiające rozjechanego, smutnego raka. I nagle - olśnienie.
- A crab!
- Nieee. - kręcę przecząco głową -  Nie crab tylko cancro! Tumore! 
Na to policjant zadowolony: 
- Oui! Langosta! Poisson! - (czyt. Homar, ryba!) i zaczyna grzebać w komórce pokazując swoje zdobycze wędkarskie :-))) 
Nie wierzyłam własnym uszom...a Jerry już prawie pryskał ze śmiechu.
Załamałam ręce ... no trudno...
..... więc Kochani! Raknrollingujemy na Zwrotnik Raka ...  po duuuużą rybę :-))


 Po 10 dniach pedałowania drogowskaz na drodze wskazywał 150 km do Dakhla - miasta na Saharze Zachodniej leżącego najbliżej Zwrotnika Raka. Byliśmy po trzech "sahara campingach" na dziko i choć to "czysta przyjemność", to jednak już mocno zakurzona i przepocona. Poczuliśmy potrzebę "luksusu" czyt. umycia się "normalnie" (w minimum 4 litrach wody). 


Tymczasem wiatr zaczął nam sprzyjać. Było jeszcze dość wcześnie, a cel zaczynał nabierać  realnych kształtów. Poczyliśmy, że jesteśmy już naprawdę blisko. Pojawiła się pokusa by zaatakować Zwtotnik Raka jeszcze tego dnia. Rozpoczęła się walka z czasem. Było już po 17tej, więc generalnie najwyższy czas szukać noclegu. Do Zwrotnika - ok 20 km, ale gps rozładowany i mamy wątpliwości - czy tablica znana ze zdjęć nadal tam jest... 

Jedziemy dalej. Wiatr wieje cały czas w plecy, więc pedałujemy ile sił w nogach.

- Jest tablica!!!! Patrzcie jest!!! Dojechaliśmy!

 Radocha! Stajemy, grzebiemy w sakwach poszukując flagi, żeby zdążyć ze zdjęciami póki słonce! Za moment okazuje się,  że nie jesteśmy sami. Nasi "wojskowi opiekunowie", których kolejne patrole śledzą każdy nasz krok  na Saharze Zachodniej, przybyli w ślad za nami. Nieco zdziwieni zamieszanem i naszą euforią trafycyjnie przeszli do rutynowych pytań: dokad jedziemy, paszporty i zawód. Oddaliśmy paszporty i kompletnie się nie przejmując ich obecnością kontynuowaliśmy sesje zwrotnikową. 


Okazało się, że to nie koniec pozytywnych zdarzeń tego dnia. Spotkaliśmy najwspanialszych żandarmów na świecie. Jak tylko uświadomiliśmy im, że właśnie dotarliśmy do celu 3 miesiecznej misji, poczęstowali nas pomarańczami i szczerze pogratulowali. 

W czasie miłej pogawędki padło jednak pytanie: 
- I co teraz zrobicie?? 
Zapadał już zmrok, robiło się zimno, na naszych licznikach 174 km, a zapas wody marny, więc zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba udawać bezradność. 
- Teraz musimy złapać stopa! Musimy przejechać 30 km do głównego skrzyżowania z drogą do Dakhla. 
Dodam, że było to dość abstrakcyjne stwierdzenie. 4 osoby z rowerami na drodze gdzie w ciągu całego dnia pzejeżdża moze z 5 pick-upów zdolnych do transportu takiej ekipy. No i zmrok... Nasi stróżowie  poczuli za nas odpowiedzialni. Jeden z nich wsiadł w auto i gdzieś pojechał, drugi został z nami na Zwrotniku. Ledwo zdążyliśmy się ubrać, nasz żandarm stróż zatrzymał wielką ciężarówkę... Okazało się, że kierowca wraca z Mauretanii bez załadunku, więc rowery - jak stały z pełnym osakwowaniem wjechały do przyczepy, a nasza czwórka, z kierowcą i pomocnikiem wskoczyła do szoferki :-)) 


Jazda jak w limuzynie! Nowiutka, super wygodna ciężarówka sunęła miękko po drodze, nasi żandarmowie w ramach obstawy - eskortowali nas, a kierowca nadrobił prawie 100 km i zawiózł nas na przedmiescia Dakhli. Taki był finał 1200 km trasy z Agadiru. 

Raknrolling - simply the best! 

Agnieszka Grudowska




środa, 9 stycznia 2013

Pokazaliśmy rakowi wielkiego FAKA



Już tylko 10 dni do wyjazdu, nie mogę się doczekać. Powoli zaczynam się zbierać, szykuję rzeczy sprawdzam sprzęt, kupuję niezbędne produkty. Mam już pożyczony śpiwór (bardzo ciepły), chyba jestem gotowa… Matko jak ja się cieszę!!!!!

10 XII 
Po całonocnej podróży autobusem dojechaliśmy do Berlina. Jest 7:45. Pogoda koszmarna, pada śnieg z deszczem i jest zimno, czyli ze spaceru nici. Do odprawy mamy jeszcze 3 godziny. Jestem bardzo szczęśliwa, że to już się zaczęło. Podróż rozpoczęta!!! Na lotnisku wszystko poszło szybko i  raz dwa byliśmy po odprawie. Wzbiliśmy się ponad chmury… Pokazało się słońce, które towarzyszyło mi podczas całej dalszej trasy. W samolocie dużo turystów czyta przewodniki, ja mam to za sobą. Ostatnie wieczory spędzałam z przewodnikiem w ręku. Już za chwilę zobaczę Marrakesz. Jak bardzo zdziwiłam się kiedy zobaczyłam naklejki na bagażu ze skrótem RAK – (to oznaczenie Marrakeszu). Dobre miejsce aby zacząć rolowanie raka. Wylądowaliśmy, szybka odprawa. Zaczęliśmy składać rowery czym wzbudziliśmy zainteresowanie Marokańczyków i turystów. To zainteresowanie towarzyszyło nam podczas całej wyprawy. Z lotniska pojechaliśmy na dworzec kolejowy, piękny cały wyremontowany „cud miód”. I tu zaczynają się już nasze przygody… Dworzec co prawda nowy i piękny, ale z rowerami wchodzić nie można. Cóż było robić musimy tej nocy dostać się do Casablanki aby  przejąć  pałeczko-zeszyt sztafetowy od 6 etapu. Niedaleko był przystanek Autobusowy CTM, tu można już było przewieźć rowery. Trzeba tylko poczekać kilka godzin do 1:45 w nocy. Rozłożyliśmy nasze karimaty w poczekalni i próbowaliśmy trochę odpocząć. Byłam tak podekscytowana, że nici z relaksu. Marrakesz nocą jest piękny. Druga doba w podróży, po 30 godzinach od wyruszenia z Warszawy  jestem w Casablance. O piątej rano dotarliśmy do hotelu. Padliśmy.

 11.12.2012
O 8:30 pobudka szybkie śniadanie, decyzja żeby już dziś opuścić Casablankę. To bardzo duże miasto i niezbyt przyjazne rowerom (ogromny ruch na ulicach i zasady ruchu drogowego inne niż w Polsce ;)). Musimy zdążyć na autobus do Al-Dzidy, który jest o 12: 30. Czas start. Szybkie przywitanie oceanu, ogromne fale, zapach, biegiem zobaczyć z zewnątrz Meczet Hassana II. Czas na przejęcie oficjalne naszego etapu, sesja zdjęciowa, na rowery i szybko na dworzec. Po ulicach Casablanki na rowerze jeździ się okropnie. Mam duszę na ramieniu, jeżdżąc slalomem między samochodami. 7 etap zaczął się od podróży autobusem. Rowery zapakowane i jazda. Maroko zza szyby - dużo zieleni, palmy, pastwiska. Dotarliśmy na miejsce o 16 zostawiliśmy rzeczy w hotelu, poszliśmy na spacer, następnie na obiad. Pyszne owoce morza, ryby oraz sałatka. Zaczyna się pięknie, mam wszystko co lubię rower i ocean. Zapowiada się wspaniałe żarcie. Oczywiście po każdej uczcie herbatka marokańska (zielona herbata z miętą) i jeden minus duuuuuuuuuuuużo cukru. Wróciliśmy do hotelu. Usiedliśmy na dachu skąd mieliśmy piękny widok na Al-Dzidę nocą. O 21 nawoływanie Muezzina  do modlitwę rozległo się z pobliskiego meczetu, te nawoływania będą nam towarzyszyć przez cały pobyt w Maroku. Cisza nocna 22:00. 

12.12.2012
Pobudka 7:00, śniadanie: kawa, bagietka, ser. Ostatnie poprawki przy rowerach i jazda. Droga wzdłuż oceanu, bardzo mały ruch. Pogoda piękna, słońce i błękitne niebo. Pierwszy postój po 20 km na małe co nieco: figi i daktyle z kawą. Jala, jala, jala, szybciej, szybciej. Do pokonania - 85 km. Uśmiech nie znika mi z twarzy, jest pięknie, cały czas zachwycam się przyrodą. Zmęczenie, co tam zmęczenie. Jazda na rowerze z całym swoim dobytkiem w sakwach to nic w porównaniu z radością, że tu jestem. Powoli pokonuję kilometr za kilometrem, roluję raka swojego i wszystkich którzy o to prosili. Raku DRŻYJ. Ze mną nie masz szans. Tutaj jest jak u nas w maju, czerwcu, ciepło i wszystko kwitnie. Dokonuję ogromnego odkrycia, wiem gdzie zimują nasze skowronki. Docieramy do Oualidy, ok. 16:00 zatrzymujemy się w hotelu, gdzie poznajemy Jean-Pierra z Belgi. Podróżuje na rowerze już trzy miesiące i zamierza przejechać cały świat w 3 lata. Od dziś będzie podróżował z nami. Jest bardzo sympatyczny i spokojny, a ponieważ chodzi w żółtej koszuli zostaje mu nadany przydomek – Kanarek. Idziemy wspólnie na kolację gdzie zjadamy Tadżin z wołowiną, jarzynami, pyszną zupę Harire. Zrobiliśmy zakupy na jutrzejszy dzień, wodę, jogurty i mandarynki - jest teraz sezon więc są pyszne. O 21 padam. Jestem bardzo zmęczona. Ciekawe jaki będzie jutrzejszy dzień. 


13.12.2012
Ruszamy o 8:30 przed nami 80 km. Droga wzdłuż oceanu, klifowe brzegi, widoki aż dech zapiera. Po 30 km pierwszy postój w Miejscowości Bedduzia, gdzie zjadamy szprotki z grilla. Ryby dopiero co wyłowione, posypane solą, nie skrobane i nie patroszone. Pyszne, soczyste mięsko Uczta Bogów w miejscu gdzie nasz sanepid…. szkoda gadać. Marokańczycy bardzo mili, uczynni  dziękują za to że zatrzymaliśmy się u nich na rybkę. Mówią, że to dla nich zaszczyt. My nie możemy do końca uwierzyć w to co nas spotyka, uczta za grosze. Dużą pomocą jest nasz nowy przyjaciel rowerowy Jean-Pierr, który zna biegle francuski i angielski (my posługujemy się tylko angielskim). W Maroku w każdej wsi dogadasz się tylko po francusku. Możemy podziękować i wiemy że jesteśmy zrozumiali nie tylko na migi . Ruszamy dalej, drogi coraz piękniejsze ale też coraz trudniejsze, dużo podjazdów, a potem nagroda z górki na pazurki. Czasami musiałam podprowadzić rower bo było  bardzo ciężko.  Jednak ciężkie sakwy, upał i góry dają w kość. Lecz nie na tyle żeby choć przez ułamek sekundy żałować że tu jestem. Kolejna górka, już przestaję liczyć, która 15 , 16?. Nie nawet z przerzutkami na 1 i 1 nie dam rady. Upał, muszę podejść. Wspinam się i wspinam, pcham ten rower i pcham ….mija mnie Camper z Angli. Zatrzymują się i pytają: „Czy coś się stało bo minęliśmy już dwie osoby które pchają rowery.” odpowiadam że wszystko jest ok. Tylko w ten sposób odpoczywamy. Wreszcie góra zdobyta, żar się leje z nieba pot z czoła a na poboczu zobaczyłam zdechłego psa no nie tu na pewno nie odpocznę. Dość żwawo wskakuję na rower, przecież nie mogę skończyć jak to zwierze J. Dziś pobiłam rekord prędkości jazdy na rowerze 50 km, co prawda z górki. Oczywiście miałam kask ale jak pomyślałam możliwej wywrotce ojjjjj ojjjj, chyba jednak nie lubię dużych prędkości na rowerze. Dojechaliśmy do Saffi i w hoteliku o dźwięcznej nazwie Paris zatrzymaliśmy się. Marzyłam tylko o prysznicu. Wchodzę do łazienki, zdejmuję przepocone ubranie odkręcam kurek. Czekam a tu zimna woda, sprawdzam drugi kurek i to samo lodowata. Cóż  było robić,  zimny prysznic postawił mnie na nogi błyskawicznie, nie ma nawet śladu po zmęczeniu. Ruszyliśmy na poszukiwanie czegoś dobrego na kolację– miejscowy właściciel apteki polecił nam miejsce gdzie można zjeść pyszne owoce morza i ryby. Syci udaliśmy się na spacer po Medinie, o 22:00 byliśmy już w łóżkach. Plan na jutro pobudka o 7:30 i o 9:00 wyruszamy.


14.12.2012
Śniadanie omlet z oliwkami, sok z pomarańczy i kawa. My już gotowi, a dzień powoli budzi się ze snu, słońce, błękit nieba i czego więcej trzeba…Oprócz błękitnego nieba nic dziej nie potrzeba, oprócz góry wysokiej… Ta piosenka dziś zamieszka w mojej głowie na cały dzień. Mieliśmy w planie poplażować i zażywać kąpieli nie tylko słonecznych. Ja jak tylko usłyszałam o wodzie gdzie będę się kąpać dostałam tyle zapału i siły, że wszystkich tylko wyprzedzałam i poganiałam Jala jala jala. Dziś ja krzyczałam. Jest!!!!! Widać z górki łagodny brzeg i piaszczysta dzika plaża. Pedały aż się grzały, rekordy prędkości znowu pobite. Szybki rekonesans, sprawdziłam. Tak to dobre miejsce. Jeszcze tylko do przebieralni tw. w krzaki i do wody. Było świetnie fale ogromne. Sponiewierał mnie ten ocean, oj sponiewierał. Ja oczywiście śmiałam się cały czas i piasek wdarł się nawet do ust. Piling całego ciała gratis. Woda dużo cieplejsza niż Bałtyku ale w cieplejszych morzach też się już pluskałam.  Po kąpieli czekała na mnie pyszna kawa zrobiona przez Michała. Na ten pyszny, czarny, magiczny, napój mogłam zawsze liczyć. Mój wspaniały towarzysz ekspres na gaz miał w sakwach. Musiałam trochę poczekać aż się wysuszę i wykruszę. Ruszyliśmy dalej do pięknej miejscowości letniskowej, opustoszałej zimą. Życie tliło się tylko w mały wiejskim porcie. Zrobiliśmy zakupy na kolacje. Mieliśmy zamiar nocować dziś w namiotach. Minęliśmy gaje oliwne, skupy oliwek, zapach oliwek. Około godziny 16 :00 zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem . Zboczyliśmy z drogi i po przejechaniu  2 kilometrów  znaleźliśmy dogodne miejsce do biwakowania. W małym zagajniku tuż przy oceanie. Każdy dostał zadanie do wykonania, ja miałam przygotować kolację. Zrobiłam kuskus z rybą z puszki, cebulą, oliwkami, płatkami chli i czosnkiem. Do picia była woda i woda ognista. Kawę wypiliśmy przy ognisku, pogadaliśmy, pośmialiśmy się trochę i poszliśmy spać. Wymyłam się jak kot-  mokrymi chusteczkami. Przy ognisku spał Michał i Jan-Pier, Karolina, Marysia, Kasia, Łukasz i Ja w namiotach. Niebo pełne gwiazd a ocean nucił kołysankę. Szybko usnęłamm ale niestety coś z moim namiotem było nie tak. Od środka na całej powierzchni skraplała się woda i kap, kap na głowę. Powiem krótko deszcz nie padał, a noc miałam mokrą i długą.

  
15.12.2012
Wstaliśmy o 7:00, kawa, jajecznica w chlebku marokańskim, jogurt. Nawet pod gołym niebem mięliśmy wspaniałą ucztę. Droga zaczęła się bardzo ciężko, góra goni górę, kraina Mordoru . Upał nie miłosierny. Zatrzymaliśmy się po 20 km na herbatkę i szybka narada. Dziś jest do przejechania 95 km, a są tylko góry, mało czasu i na pewno będziemy jechać powoli. Musimy zdążyć przed zachodem słońca, który jest o 17:30. Dzielimy się zatem na trzy grupy, mamy marokańskie numery telefonów i umawiamy się w Essawuiże. Liczyliśmy na pomoc miejscowej ludności to znaczy liczyliśmy na złapania autostopu. Zaraz po starcie Michałowi łamie się szprycha, trzeba naprawić koło. To właśnie on jeden z Harpagonów pierwszy odjeżdża samochodem. Ja razem z Marysią ruszamy ile tylko siły w nogach. Pędzimy to nie dobre słowo, poruszamy się w żółwim tępię. Krajobraz bajeczny, góry, ocean, humor nas nie opuszcza. Żartując, że musimy zasłużyć na stopa pokonujemy kolejne kilometry. Mijamy policje, która  jak nasz drogówka stoi z radarem i łapie piratów drogowych. Dobrze że to nie dziś biłam rekordy na rowerze:). Krótki odpoczynek i przed naszymi oczami ukazuje się góra Mordoru. Scena jak w jakimś westernie, powietrze faluje od temperatury, pusto, żadnego samochodu. Na poboczu kosodrzewina i lawenda. My i góra…… Kto wygra? Daleko w dole, to chyba samochód a nie fatamorgana. Machamy naszymi zmęczonymi łapkami. Zatrzymał się pick-up. W szoferce jest kierowca i kobieta z małym dzieckiem, a na pace starszy mężczyzna i drzewko oliwne. Oczywiście i dla nas znajduje się miejsce, szczęśliwe gramolimy się. jesteśmy uradowane. Za tą nieszczęsną góra jest Essawuira. 15 km dzieliło nas od celu. Po drodze samochód zatrzymuje się i nasi wybawcy rozmawiają między sobą ze po arabsku. Po chwili zwracają się do nas po angielsku i zapraszają na herbatę do siebie do domu. Jesteśmy takie uradowane, będziemy z wizytą u marokańskiej rodziny! Okazuje się, że mieszkają przy samej Medynie w pięknym ogromnym, nowym domu i ten starszy mężczyzna (68lat) to Imam. Jest to muzułmański duchowny. Zostałyśmy poczęstowane obiadem– tadżin z mulami oliwkami, pomidorami i ziemniakami. Ogromną radość wzbudziłyśmy kiedy powiedziałyśmy, iż chcemy jeść tak jak Oni i za sztućce dziękujemy. Jedzenie paluchami jest takie przyjemne. Muszę się powtórzyć i powiedzieć UCZTA BOGÓW, Raj w Gębie, palce lizać!!!!!!!  Po obiedzie obejrzałyśmy cały dom, oglądałyśmy zdjęcia, rozmawiałyśmy o Bogu, Polsce, Maroku, o naszej wyprawie, o raku. Bardzo nas zapraszali na noc, niestety nie mogłyśmy zostać, byłyśmy umówione z całą naszą grupą. Wymieniłyśmy się adresami, obiecałam że przyślę im nasze wspólne zięcia jak tylko wrócę do Polski. Podziękowałyśmy za gościnę i ruszyłyśmy na spotkanie. Byli już wszyscy. Karolina i Jeam-Pierr jak na stachanowców i harpagonów przystało pokonali całą trasę bez pomocy samochodu. Kasia i Łukasz też podjechali pod górę Mordoru samochodem.  Michał już na nas czekał z naprawionym rowerem. Rozlokowaliśmy się w wynajętym mieszkaniu i poszliśmy zobaczyć zachód słońca. Czułam się jak bym była w bajce, ocean mienił się wszystkimi kolorami. Wpadliśmy na chwilę do portu, a tu  mewy, kutry, rybacy i handel tym co udało się złowić dziś. Większości morskich  zwierząt  nie byłam w stanie rozpoznać tylko szprotki, ośmiornice, kraby, płaszczki. Zgłodnieliśmy oglądając te wszystkie dary morza i poszliśmy coś przekąsić. Po drodze zobaczyłam w sklepiku koszyk wyszywany cekinami (mienił  się jak woda w oceanie- tu moje zamiłowanie do torebek wzięło górę). Wytargowałam naprawdę super cenę i był już mój. Gdyby ten sprzedawca wiedział, że to była miłość od pierwszego wejrzenia chyba tak szybko nie zgodziłby  się na obniżkę. Poszliśmy spać pełni wrażeń, to był wspaniały dzień.



16.12.2012
Pobudka o 7:00  trzeba się spakować i ruszyć do autobusu, dziś musimy już być w Agadirze.  A to już tylko góry, serpentyny, góry, serpentyny……. i taka dalej. Wieczorem ma być przejęcie etapu przez Harpagonów którzy pokonają ponad 1000 km  do celu naszej sztafety czyli na Zwrotnik Raka. Droga z okien autobusu piękna, ale tez piekielnie trudna… może innym razem pokonam ten odcinek na rowerze a może jednak nie:). Dojechaliśmy szczęśliwie. Ekipa z 8 etapu już na nas czekała, poszliśmy na  wspólną kolacje. My pełni wrażeń z naszego właśnie zakończonego etapu z żalem przekazaliśmy pałeczkę. Gdybym tylko odpoczęła 2 dni pojechałabym dalej, powolutku,  do przodu i gdzieś w okolicy Wielkiej Nocy była bym na Zwrotniku.

17.12.2012 -18.12.2012
8 etap ruszył dość wcześnie. Mają do przejechanie 140 km. Śniadanko i wypad  chociaż na kilka godzin na plażę. Fale ogromne, ciepła woda, słońce, relaks. Pozbierałam trochę muszelek na pamiątkę. Trzeba było już wracać do hotelu. Dziś jeszcze czeka na nas Marrakesz. I tu mogę zakończyć relację z mojej Wyprawy Życia. Jeszcze dwa dni w Marrakeszu, wyprawa w góry Atlas, gościna u Anny i Norddiego,  muzyka Marokańska, wizyta u artysty plastyka, wspaniałe kalmary. 




19.12.2012
Samolot do Polski, żegnaj Maroko ja tu jeszcze wrócę.
Do dziś mam w głowie ten mój rok”n”roling. Dziękuję całej mojej kochanej drużynie – Kasi  Czy i Łukaszowi Czy, to oni utworzyli stronę na „Do more”, gdzie zbieraliśmy kasę na podopiecznych fundacji Rak&roll, Marysi Be vel rzepik za wspólne łapanie stopa. Karolinie Sypniewskiej za wspaniały budzik każdego dnia… Michałowi Semrau z wyśmienitą kawę, która codziennie rano podnosiła mi ciśnienie. Było mi z WAMI wspaniale. To była przede wszystkim jazda na rowerze, ale były też rozmowy, żarty, spacery, jedzenie i picie. Z każdym z was mogę jeszcze raz ruszyć w drogę choćby na koniec świata. Mam nadzieje, że Michałem jeszcze nie raz zjem papryczkę!!!! Karolinko, mój wspaniały OPIEKUNIE zabierzesz mnie gdzieś w świat, oczywiście na rowerze. Może być rower  wodny dla odmiany. RAZEM CAŁA NASZA SZÓSTKA POKAZAŁA RAKOWI WIELKIEGO FAKA!!!!!!!!!! Rak nie miał żadnych szans kiedy spotkał nas. Kolejny raz udowodniłam sobie, iż najważniejsi są LUDZIE, których spotykamy na swojej drodze. Dobrzrze, że Was spotkałam:)


 Tekst: Gosia Ciszewska Korona