piątek, 30 listopada 2012

Rak'n'Rollerzy - Monika Dąbrowska



Nasza kolejna i wspaniała Rak'n'Rollerka toooo ..... 

Monika Dąbrowska!! :)

Zapewne z wypiekami na twarzy pakuje i dopina ostatnie rzeczy, już już prawie gotowa ... za kilkanaście godzin wyruszy w podróż na Zwrotnik Raka. 
My trzymamy kciuki i ściskamy ciepło!!!!
A wy przeczytajcie słów kilka o Monice (trzymając kciuki oczywiście):)

Ma 37 lat i 4kę kapitalnych dzieci. Zawodowo zajmuje się projektowaniem wnętrz. Działa też w Fundacji R'n'R. 8 lat temu chorowała na raka jelita grubego i pomyślała , że skoro tamtego raka pokonała to może i tego, symbolicznego, osadzonego na Zwrotniku też pokona!?
 
Ku chwale Rak`n`Rolla, Rollingu i Swojej a jakże!
Rower to narzędzie do lepszego czucia świata. Wiatr we włosach, pot na plecach i zapach powietrza to daje powera, ładuje akumulatory. Chwila na rowerze sprawia że zmienia się sposób myślenia, rozumienia teraźniejszości. 

Czasem to takie proste...

Dajesz Monika - dajesz!!!:)

poniedziałek, 26 listopada 2012

Rak'n'Rollerzy - Basia Niewiadomska


Basia już jedzie i  pokazuje wszem i wobec co myśli o raku i gdzie jego miejsce ... a my kibicując jej i podziwiając przeokrutnie za odwagę, siłę i moc, przedstawiamy, Basię w kilku słowach:

 Mam 44 lata, jestem graficzką i ilustratorką, mamą prawie czteroletniej Ruty. W ubiegłym roku usunięto mi raka jelita grubego. Przeszłam półroczną chemioterapię. Pomysł na akcję wydał mi się integrujący, motywujący i dodający sił! Bardzo chciałam wziąć w niej udział, bo już sama myśl o takiej możliwości działa uzdrawiająco.

Więcej o Basi, znajdziecie o tu: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114377,12907492,Jestem_zdrowa__Teraz_jade_rozjechac_raka.html?as=1&startsz=x%3Futm_source%3Dfacebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Wysokie_Obcasy

Basia, dajesz!
Powodzenia!!!!:) 

poniedziałek, 12 listopada 2012

Wspomnienia Ani - do Marsylii z Milano - stylowo rollingowano


Niewyspana, obolała jeszcze chwilowo Ania (Rutka:)) już z Polski, już po wszystkim przekazuje nam kilka swoich złotych myśli nieuczesanych - nic nie poprawiam - jedzie jako żywo:)



Ania: Wyprawa była dla mnie wielkim wyzwaniem i była dość ciężka, ale mimo tych wszelkich trudów udało mi się pokonać ten etap, który dla mnie był czymś więcej niż tylko przejechaniem 500km i odzwierciedlał prawdziwą walkę w moim życiu ... Udało mi się to także dzięki Agnieszce, która wspierała mnie przez cały czas i pomagała w trudnych chwilach. To był owocny, intensywny i przeuroczo spędzony czas choć bywało i trudno i nie zawsze komfortowo.

Dziękuję Ci Aga za wszystko...!!![kwiatek]

Dziękuje Fundacji Rak'n'roll, Marcie, Elizie i Magdzie a także tym których kocham, rodzinie i wszystkim którzy wspierali mnie i kibicowali mi przez całą drogę i śledzą losy Raknrollowców!

Ania

Rutka rak'n'rollerka, czyli Grudzi wspomnienia z trasy - etap 2


Kalendarz z trasy: Właściwie już po 10 minutach od pierwszego spotkania z Anią, odbierając ją z tonącego w deszczu przystanku autobusowego, wiedziałam że będzie dobrze. Bezproblemowa optymistka, czerpiąca radość i energię z przemieszczania, zwiedzania, pakowania i „zostawiania za sobą”. Do tego pełna humoru i dystansu do siebie i życia. Za 3 godziny miałyśmy jechać na lotnisko, ja nie zaczęłam się nawet pakować, a musiałam jeszcze skończyć pracę. Zaprowadziłam Anię do rodziców - tym sposobem 3 w 1- rodzina dowiedziała się na spokojnie, co w najbliższym czasie będę porabiać, Ania miała towarzystwo, a ja czas na spakowanie. Udało się i wszyscy byli zadowoleni:-) 

Totalny niedoczas to moja zmora, a moje zbyt optymistyczne podejście i improwizacja mogą wzbudzić lęk i wątpliwości naszych rak’n’rollerow…:) Ani, potem kolejnej Ani.. A my tu jesteśmy dla nich. One pokonują etapami Zwrotnik Raka, udowadniając sobie i innym, że chcieć to móc a móc to już wystarczająco dużo by móc więcej, dalej, szybciej...

Z Anią R. lubimy się od pierwszego zdania. Pełna komitywa! Ulubiony temat na rozładowanie każdej sytuacji i chóralny rechot to „pampi”. Pampers - czyli obcisłe spodenki zapewniające komfort podczas długich godzin na siodełku rowerowym, z założenia wygląda obciachowo. Ale skojarzenia, wariacje słowne to sama radość. Nawet sobie zaczęłyśmy śpiewać „pampirap”. Jedziemy, rollujemu, codziennie pakujemy codziennie. Ania pierwszy raz z sakwami - daje radę na maksa. Sama sobie wyregulowała hamulce, rozmasowuje kolana i pomaga mi z szukaniem noclegów. Jest przygoda:-) 

Była jazda w ulewę w Ligurii, plażowanie na słońcu na Lazurowym Wybrzeżu, długi wieczór z winem u couchsurfera w Menton i nocleg u starych hipisów w Hyeres. Nielegalne gotowanie ravioli na kuchence gazowej w pokoju hotelowym i zacieranie śladów zapachowych perfumami. Poza tym rozmowy o wszystkim i mnóstwo śmiechu. 

Ania pokonała raka. Nie mogło być inaczej! Teraz rozjechała go na niemal 500 km trasie kolejny raz - dla siebie, dla mnie, dla Was. Dzieki Rutka! You ROCK! 








sobota, 10 listopada 2012

Rak’n'rollując w Alpac



Tym razem wspomnienia Kuby z etapu Czeskie Budziejowice - Mediolan:

Jak jest w Alpach na przełomie października i listopada? Zimno. No właśnie. Znowu…


Podczas gdy Eliza mokła i marzła w drodze z Ceskich Budejovic do Linz ja uprawiałem jogę podczas 15-godzinnej podróży Polskim Busem do Wiednia. Może ceny są bardzo fajne i gniazdka na laptopy też, ale ilość miejsca jest strasznie mała i daje się we znaki w trakcie dłuższych podróży. W Wiedniu przesiadłem się w pociąg z 3 wagonami z miejscami na rowery i tym sposobem spotkaliśmy się w Linz u Andrei ratującej wszechświat herbatą z miodem i imbirem.

Dostroiliśmy rowery, zrobiliśmy mały przepak i wczesnym rankiem po 13 wyjechaliśmy z Linz w kierunku Salzburga.

Pierwszego dnia jechało się ciężko, stąd tylko 115 km na liczniku. A wstawało się jeszcze ciężej. Odwilż zrobiła swoje – nasz jednowarstwowy namiot i śpiwory puchowe zaczęły przypominać mokre ścierki, a rowery bałwanki.

Ruszamy na Salzburg!

Salzburg

Fragment Niemiec pomiędzy Austrią a Austrią.

Ciągle Niemcy

Po pokonaniu 120 km zdecydowaliśmy się zatrzymać na nocleg i za niego… zapłacić. Z wysuszonymi śpiworami i namiotem ruszyliśmy do Włoch przejeżdżając po drodze przez Innsbruck. Nic ciekawego.

Z Innsbrucka wspinaliśmy się do Brennero na przełęcz położoną na wysokości ok. 1300 m n.p.m., a gdzieś nad nami ciągle przewijała się autostrada poprowadzona na robiących wrażenie wiaduktach.

Jak zwykle… zrobiło się ciemno, ale jechaliśmy dalej.

W końcu dotarliśmy do Italii! Przed nami 60 km ciągle lekko w dół do Bolzano. Ruszając z granicy ubraliśmy się w czwartą już warstwę ciuchów i drugą czapkę i zaczęliśmy zjeżdżać. Po ok. 15 km zatrzymaliśmy na pizzę. Skonsumowawszy ok. godz. 23 ponownie ubraliśmy nasze cztery warstwy i ruszyliśmy w dalszą część zjazdu…



… ale tylko po to, żeby po 500 metrach rozstawić namiot. Było zimno.



Strażnicy lasu – wesoła twórczość dzieciaków z okolicznego przedszkola.



Tego dnia kilometry wchodziły jak nigdy, gdyby nie deszcz licznik chyba by się nie zatrzymał nigdy, a tak stanął na liczbie 191. Długie godziny w deszczu sprawiły jednak, że odpuściliśmy sobie nocną jazdę i postanowiliśmy poszukać jakiegoś schronienia, które ostatecznie znaleźliśmy…



… w jaskini. Trochę zakłóciliśmy w ten sposób lokalny ekosystem, ale przynajmniej nie padało.

Poranek dzień 5. To taki dzień, który wspomina się tak: Budzisz się w namiocie rozstawionym w jaskini pełnej pająków, nie jesz śniadania bo go nie masz, zakładasz mokre skarpetki, buty, z których nadal wypływa woda, 3 warstwy wilgotnych ciuchów, wilgotne rękawiczki i suchą czapkę, pakujesz brudny namiot w wilgotne sakwy, wychodzisz na deszcz i jedziesz i jedziesz. Przejeżdżasz przez tunele samochodowe (bo tędy krócej) mające czasem prawie 4 km, zatrzymujesz się na świeżym powietrzu, żeby pooddychać i się odstresować, znowu jedziesz przez tunele, przestaje padać, wyjeżdżasz z gór, wychodzi słońce, zaczynasz schnąć, gotujesz obiad, jedziesz dalej, robi się ciemno, jedziesz dalej, wyschło już prawie wszystko, jedziesz dalej, wybija północ, jedziesz dalej, omijasz autostrady i dziwki grzejące się przy ogniskach na wjeździe do Mediolanu, szukasz dworca, ale zdajesz sobie sprawę, że o 1.30 w nocy jest już zamknięty, więc bierzesz taksówkę na lotnisko, żeby zdążyć na samolot, licznik zatrzymuje się na 212 km, przepakowujesz się, przekazujesz rowery kolejnym Rak’n'Rollującym rako-fakopokazywaczom, myjesz się na tyle na ile pozwala publiczna toaleta na lotnisku, zakładasz suche skarpetki i te same mokre buty, idziesz na samolot, buty piszczą, zdejmujesz buty, ochroniarz żałuje, że Cię o to poprosił, wsiadasz do samolotu, zasypiasz, lądujesz z w Warszawie. Jest 10 rano i świeci słońce. To był aktywny dzień.

Tekst i zdjęcia: Kuba Wolski
http://koobawolski.pl/

piątek, 9 listopada 2012

Rak'n'Rollerzy - Ania Iwasiuta-Dudek

Ania dołączyła do wyprawy na początku tego tygodnia zupełnie niespodziewanie, zarówno dla nas jak i dla siebie:) Pokazała jak się żyje rak'n'rollowo!!!! W ciągu kilku godzin podjęła decyzję i z toną entuzjazmu wykrzyknęła przez telefon "Tak, jadę!!!". Ja tam ją uwielbiam:) Przeczytajcie co mówi sama o sobie. A przede wszystkim trzymajcie kciuki, bo już jutro Ania przejmie pałeczkę i pojedzie aż do Barcelony:


Ania o sobie:

Jestem aktorką, teatr jest moją pasją. Do zeszłego roku był najważniejszą przestrzenią w moim życiu, teraz jest równo-ważny;) ....

... bo Mam najwspanialszego męża, który daje mi siłę i uczy codziennie Miłości i tego że można codziennie na nowo się zakochać:) 

Mam marzenia, które są dla mnie początkiem realizacji celu i dzięki nim moje życie jest takie jak chcę:) 

Jestem wdzięczna za chorobę, bo pozwoliła mi zacząć nowe, piękne, pełne spełnienia życie.

Kocham podróże, zapachy, smaki i kolory, filcuje, śpiewam, piszę teksty, bajki, robię stylizacje do sesji fotograficznych. 

Uwielbiam szpinak i tatuaże:) 

Marzę o motocyklu, Indiach, licencji pilota i subaru foresterze żeby przejechać cały świat;) 

                                                                         jestem z wzajemnością zakochana w życiu;)





wtorek, 6 listopada 2012

„MOŻNA? DA SIĘ!”

 
Proszę wsiadać ...
Piątek - 22:34, Dworzec Wrocław Główny. Meldujemy się w pociągu relacji Wrocław - Katowice. W Katowicach „tylko” trzygodzinne oczekiwanie na kolejne połączenie: Katowice – Czechowice Dziedzice. A potem jeszcze tylko godzina oczekiwania w Czechowicach Dziedzicach na pociąg do Cieszyna :) Nikt nie mówił że będzie lekko!:)

Przygodę czas zacząć.
Sobota - 7:30, Cieszyn.Udajemy się w ustalone miejsce po oczekująca na Nas „książeczkę-pałeczkę”, którą ma dla Nas p. Irena Kwaśny. Nie ma oczywiście mowy, żeby nie wstąpić na ciepłą kawę, podczas której opowiadamy o projekcie i Fundacji Rak’n’Roll. Mamy również chwilkę na telefoniczny wywiad do Radia Katowice. Niech o nas usłyszą! 
Ale czas…czas biegnie...
Żegnamy się bardzo serdecznie, wskakujemy na bajki i w drogę. Przed nami ok. 120 km do Ołomuńca. Słońce widać chce jechać z nami, a pogoda jak na zamówienie…..chyba za sprawą naszych dobrych duchów:) O, proszę są i góreczki…pierwsza, druga, trzecia…przestajemy liczyć. Moc jest z nami. Twarze uśmiechnięte. Głębokie westchnienia radości. Jesteśmy porażeni czeską infrastrukturą rowerową. Wszędzie ścieżki rowerowe (nawet w szczerym polu), wszędzie znaki POZOR! KOLO!. Można jechać bezpiecznie, bez szumu aut i spalin. Drogowskazy pokazujące trasy rowerowe we wszystkich kierunkach.   

A nasz trasa jest jedna i słuszna. Na ZWROTNIK RAKA!
Do Ołomuńca wiedzie przepiękny szlak Greenways Kraków – Morawy – Wiedeń. Szlak prowadzący, przez zabytkowe, malownicze wsie i miasteczka, przez lasy, szlaki winnic i zakładów piwowarskich. Na miejsce docieramy ok. 20.00. Czekają już na nas Ales, Katarzyna, pies i kot. Nasi couchserferowi przyjaciele. Olbrzymie zdziwienie, ponieważ oboje mówią po polsku. Kasia i Ales przez kilka miesięcy studiowali w Poznaniu. Wieczór mija w fantastycznej atmosferze opowieści i żartów. Ales pomaga nam w ustalaniu trasy na dzień kolejny. Przynosi mapy, atlasy. Sam jest zapalonym rowerzystą i niedawno objechał Czechy. Ehhh chwilo trwaj wiecznie.

Ołomuniec, poranek. Przywitała nas mgła. Jednak nie mogliśmy odmówić sobie szybkiego zwiedzania. Miasto tajemnicze i piękne. Nie na darmo konkurowało kiedyś z samą czeską Pragą. Wjeżdżamy na rynek. Szybkie foty z „żółwiem” przy fontannie Ariana, na znak naszej bytności … i kierunek informacja turystyczna. Panie zafascynowane naszym projektem i że na „kole”:) O losie! Po zakupie cyklomap pora szykować się do startu. Mgła nie odpuszcza. Ale to nie przeszkoda. Wskakujemy na trasę. Greenway wiedzie też do Brna! Hurrra! Choć nie ma lekko dziś. Widoczność na niecałe 100 m. Światła i kamizelki odblaskowe jadą z nami już od rana. Dopiero w okolicach godz. 12.00 mgła trochę odpuszcza. I w końcu wita Nas słońce. Bądź pozdrowione:) A na smaczek dziś na trasie oprócz czeskiej Kofoli z guaraną i parky w rohliku…górka, górka, góra…i jeszcze jedna, i troszkę w dół, i ogromny piękny zamek i trasa przez Park krajobrazowy, kilometr, dwa…byle do przodu. Napotkani rowerzyści pozdrawiają radośnie. Robi się miło na sercu. Przybywa sił. Jeszcze troszkę i Brno…niestety już po zmroku. Dzień za krótki. Zmrok zapada ok. godz. 18.00. Znów światła i kamizelki w ruch. Brno wita Nas ok. 19.00.  Nasz biedny, wysłużony GPS pomaga nam zlokalizować adres naszych gospodarzy na ten wieczór, po czym wyczerpuje mu się bateria. Dla upewnienia się pytamy jeszcze dwie starsze panie o drogę: „Dobry wieczór. „Szukamy ulicy Sypka”. Panie lekko zdziwione. W końcu Dominik się orientuje…w języku czeskim „szukać” (šukat) ma zupełnie inne, wulgarne znaczenie ;/ Panie się jednak nie obraziły i wskazały drogę. Biegniemy jeszcze po zakupy zanim zamkną sklepy i czekamy. Pawka i Majlosh sami dopiero wrócili z Wiednia, a tu już goście do drzwi pukająJ Wieczorne opowieści trwałyby pewnie bez końca. Jutro jednak wszyscy mamy ważne zadania do wykonania.

Nie można rowerem! Jak nie można? Kiedy my musimy rowerem:)                                              

Brno, drugie pod względem wielkości miasto Czech. Zachwycające. Tu też mamy nasze pierwsze spotkanie z policją…PESI ZONA! Nie można rowerem! Jak nie można? Kiedy my musimy rowerem:) Ale władza jest władza. Trzeba przedreptać kawałek a potem na rowery i w dalszą drogę. Morawskie Budziejowice zdobywamy wieczorem. Pojawia się problem z noclegiem. Internat w którym mieliśmy przenocować nie ma wolnych miejsc. Chwilę staramy się ubłagać Panią, że może gdzieś na podłodze. Byle do rana. Nie można. Zakaz. Szukamy dalej. Może u strażaków, przecież oni zawsze pomagają…:) Strażak Sam na pomoc mknie:) Niestety nie tym razem. Jeden pensjonat, drugi…w końcu udaje się. 2 km za miastem motel dla Harleyowców. Ciepło. Błogostan. Spać już spać. Oczy same się zamykają. Dobranoc…pora Nam już do krainy jednorożców i złotych tęcz:)

- Ile chcecie przejechać? 130 km? Na „kole”? Nie dacie rady. - Jak to nie damy rady?????!!!! Oczywiście że damy.     Rano po śniadaniu, zaczynamy szykować się do trasy. A raczej szukać trasy. Mgła nasza wierna towarzyszka podróży. Tym razem liczymy do którego słupka coś widać. Wychodzi, że coś w okolicach drugiego. Trzymamy się blisko pobocza. Trzeba podjechać do informacji i zorganizować dokładne mapy. Dziś najdłuższy odcinek. 130 km. Ale damy radę. Przed informacją spotykamy panią, która chce nam jednak uzmysłowić, że nie:„Ile chcecie przejechać? 130 km? Na „kole”? Nie dacie rady. Za dużo. Jak to nie damy rady?????!!!! Oczywiście że damy. Ojjjjjj zagotowało się w Nas! Miłego dnia dla Pani….i jeszcze milszego dla nas:) 

Trasa dziś okazała bardziej różnorodna. Oprócz pól kukurydzy, wzniesień, pałaców, wież starych kościołów, mijamy też rezerwat przyrody z pięknymi jaskiniami. Pierwszy raz też stajemy na skrzyżowaniu dróg i nie wiemy którą wybrać… Pędzimy  przez łąki i pola, przez lasy w ciemną noc. Uwaga! Sarny! Ależ napędziły stracha. Nie ma czasu jednak na strachy. Nogi już drętwieją. I po co na koniec to wzniesienie???? Ale my wiemy…jak jest pod górkę, to gdzieś musi być z górki. 9 ostatnich kilometrów mkniemy w dół. Byleby wyhamować i jesteśmy u celu. Czeskie Budziejowice. Szybki telefon do Mateusza….jest w domu…ufff. Okazuje się, że na naszym etapie mamy szczęście do Poznania:) Mateusz stamtąd pochodzi. Dziękujemy Mateusz, za miłe przyjęcie ;) 

Poranek w Czeskich Budziejowicach zimniejszy niż zwykle. Zakładamy kilka warstw na siebie….zapalmy czołówki i czekamy…aż ze mgły wyłoni się zmiana… podobno Eliza już się zbliża. Mocny to zawodnik! A ja najlepiej wiem co to znaczy…w końcu to z nią stoczyłam ciężką batalię o moje flamastry od Mikołaja! Dajesz Sis…!

Ewa & Dominik