poniedziałek, 24 grudnia 2012

Saharyjskie uściski ...

"Saharyjskie uściski! Ciepła i błogości świątecznej, rozjechanych  raków i Nowego Roku pod znakiem najszczęśliwszej gwiazdy, poweru do roweru i nie tylko ;-) Podróży i spełnienia! 

Tymczasem my już przekroczyliśmy granicę Sahary Zachodniej - coraz mniej ludzi, osad, za to więcej wojska i patroli kontrolnych. Konflikt pomiędzy marokańczykami a Saharawi - rdzenną ludnoscią walczącą o autonomię jest odczuwalny. Czasu mamy mało więc pedałujemy codziennie - ile wlezie. Droga pięęękna i malownicza, choć od wczoraj wkradła się pustynna monotonia.  Jedziemy codziennie ponad 100 km. Od 2 dni wiejące wiatry bardzo utrudniają nam jazdę. Ekipa zaprawiona w bojach. Kuba i Jerry - nasze harpagany - wiozą namioty i prowadzą peleton - szczególnie cenne przy mordewindzie.

Ps . Poniosłam dziś komunikacyjną porażkę, ale śmiejemy się z tego cały dzień. Otóż marokański patrol - kontrola na drodze. Jak zwykle zatrzymuje, sprawdza paszporty, pyta o zawód... I spisuje dane... Trwa to ok. 20 minut. W między czasie jeden z funkcjonariuszy zagaduje skąd, po co? Gdzie etc.. Staram się wytłumaczyć - do Zwrotnika Raka. Dla walczących z chorobą etc..nie bardzo rozumie.. Pokazuję nasze cegiełki... I olśnienie: " A crab!" Kręce z glową - nie krab tylko cancro! Tumore! Na to policjant zadowolony: "oui! Langosta! Poisson!" (czyt. Homar, ryba!) i zaczął grzebać w komórce pokazując swoje zdobycze wędkarskie :-))) 

 .... wiec Kochani! Raknrolling po duuuuza rybę :-)):):):)

Pozdr, Agnieszka


wtorek, 11 grudnia 2012

Rak'n'Rollerzy - Małgorzata Ciszewska-Korona - etap Casablanka - Agadir


Jestem agentem 007 z licencją na zabijanie RAKA!!!! Nazywam się Małgorzata Ciszewska-Korona. Brałam udział w dwóch akcjach: w 2004 r. rozwaliłam pierwszego raka na kawałki, a w 2011 nastąpił drugi atak i trrach!Przeciwnik leży na łopatkach! Teraz zamierzam go rozjechać, wyrolować i pokazać mu FAKA. A zrobię to pokonując 7. etap sztafety rowerowej - całe 500 km w 9 dni.
A po co to robię? Chcę pokazać sobie, rodzinie, światu a przede wszystkim tym, którzy zmagają się z chorobą, że Rak to wyzwanie, a nie wyrok. Życie jest trudne, ale przez to bardzo CIEKAWE. MAM OGROMNY APETYT NA ŻYCIE I KOCHAM TO ŻYCIE.
PS. Jestem ciekawą ludzi kobietą - świadomą swojej kobiecości, matką, żoną, wolontariuszką, przyjaciółką i zwariowaną cyklistką. Przejażdżką Aston Martinem - nie pogardzę.

czwartek, 6 grudnia 2012

Matejko w akcji, czyli etap Barcelona - Alicante

O etapie Barcelona-Alicante opowiada nam Kasia Matejak:

Etap Barcelona-Alicante, wydawał się nieosiągalny, bo zaprawiona w bojach rowerowych nie jestem, a jak dodatkowo na rozpisce zobaczyłam, że mam przejechać ponad 600 km, to jedyne co mi pozostało, to się roześmiać;) Przygody rozpoczęły się jeszcze na polskiej ziemi. Mgła spowodowała, że odleciałyśmy (ja i Kejti) z ponad 3-godzinnym opóźnieniem, a na pokładzie leciałyśmy z gangiem motocyklowym, który do grzecznych nie należy. Dla urozmaicenia lotu w jego tracie poszukiwany był lekarz, bo ktoś zasłabł, trochę się działo.;) Jak już doleciałyśmy do Barcelony, która powitała nas wspaniale ciepłą i słoneczną pogodą skierowałyśmy swe kroki do hostelu, zrzuciłyśmy sakwy i czekałyśmy na sygnał od Magdy, aby się z nią spotkać i móc dokonać przeglądu rowerów przed startem kolejnego dnia (niedziela, 18.11). 
 
W tym miejscu mogłabym opisać dzień po dniu, ale nazwy miast i miejscowości są bardziej lub mniej znane i nie o to chodzi, żeby zapoznawać się ze strukturą geograficzną południowej Hiszpanii;) 

Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że każdy dzień po prostu dostarczał nam wiele frajdy. Coraz lepiej się poznawałyśmy i co najważniejsze nadawałyśmy z dziewczynami na tzw. tych samych falach, zatem jazda okazała się czystą przyjemnością. Otaczające widoki, sprzyjająca pogoda oraz ludzie, których spotykałyśmy po drodze spowodowały, że ten tydzień był rewelacyjnie spędzonym przeze mnie urlopem. Mijanie sadów mandarynkowych i pomarańczowych, w oddali falujące morze, słońce nad nami, co jakiś czas deszczyk i wspaniały środek transportu pod nami (dla jeszcze niezorientowanych – ROWER:D), czegóż chcieć więcej? 

Totalna beztroska. 


Owszem, przejeżdżałyśmy przez miejscowości, które nie mają nic wspólnego z wyobrażeniem hiszpańskiego piękna, ale było ich niewiele, pozostała większość urzekła mnie swoim pięknem! 

Jak przed wyjazdem pojawiały się u mnie wątpliwości czy to dobry pomysł brać udział w projekcie, przecież nie dam rady tyle przejechać, itp. itd., tak teraz wiem, że nie było nad czym się zastanawiać. 

Powtórzyłabym to bez najmniejszego zastanowienia! Niezapomniane wrażenia! Polecam każdemu! 




poniedziałek, 3 grudnia 2012

Wyroluj raka z Laurą i bydgoskimi sportowcami.



29 XI odbyła się w klubie El Jazz w Bydgoszczy wielka impreza charytatywna Wyroluj raka z Laurą i bydgoskimi sportowcami. 

Podczas spotkania licytowano przedmioty przekazane przez sportowców, były to m.in.:
-koszulka z podpisami koszykarzy Franz Astorii, 
-zdjęcie Tomasza Golloba + koszulka z logo Rak’n’Rolling z jego autografem, 
-koszulka od Adriana Zielińskiego, 
-plakat z podpisami czołowych polskich lekkoatletów Bydgoszcz CUP, koszulka reprezentacji Polski z Igrzysk Olimpijskich w Londynie od Mariki Popowicz -  najlepszej polskiej sprinterki, 
-zdjęcie z autografami czołowych polskich wioślarzy: Bartłomieja Pawełczaka, Roberta Sycza, Magdaleny Fularczyk, Miłosza Bernatajtysa oraz czapeczki żużlowca Emila Sajfudinowa. 

Dużym zainteresowaniem cieszyły się karnety na trening z siatkarzami Delecty Bydgoszcz oraz z siatkarkami Pałacu Bydgoszcz. Zlicytowano też dwa obiady z siatkarzami Delecty (albo kolacje):)   

Zebraliśmy ponad 3,500 zł na rzecz Fundacji Rak’n’Roll.

Imprezę prowadzili Karolina Sypniewska i Artur Krajewski.  

Szczególne podziękowania dla Bogny Jurek i Kingi Eliasz. Gościem honorowym była Ania Rutkowska – podopieczna Fundacji Rak’n’Roll, uczestniczka etapu Mediolan – Marsylia.

Na zakończenie zagrał zespół rockowy Laura Płonie, bardzo entuzjastycznie przyjęty przez publiczność:)

Zdjęcia z imprezy można obejrzeć o tu: 

O rollowaniu raka i o tym co z tego wychodzi ... wspomnienia Ani



... Zacząć od końca to tak jakoś niekulturalnie można by rzec. Ale ponieważ rak uczy cudownego braku kultury w tym literacko-społecznym kontekście i tym jeszcze, że należy żyć i pisać w zgodzie ze sobą, zacznę od pierwszego przykładu na to, że rak wyrollowany jest i basta;) Od końca, ponieważ najważniejsze w rak’n’rollingu jest chyba to co się ze sobą przywozi. Nie tylko, oczywiście, ale myślę, że na tym to nasze rollowanie się również opiera.

Ja przywiozłam ZACHWYT. Totalny, niepomierny, wszechogarniający. Zachwyt życiem w każdym jego przejawie, zachwyt graniczący z hedonizmem. Bo tam było tak pięknie, ludzie, zarówno Ci, którzy ze mną rollowali, jak i Ci, których spotykaliśmy na swojej tripowej drodze, wspaniali, otwarci, cudownie różnorodni. Jedzenie jednoznacznie dowodzące, że jest bezsprzecznie jednym z największych cudów w ogrodach rozkoszy ziemskich;) Jestem absolutnie przekonana, że każdy, kto we Francji wypił kawę, a wcześniej zetknął się z pizzą z kozim serem i oliwkami przyzna, że to jedne z tych malutkich rajów, które przemierzaliśmy:) Poza tym, pizzę zjedliśmy (prawie) w towarzystwie żandarma (jakby żywcem wyjętego z posterunku Saint Tropez) z rodziną, który sugerował nam w wyniku cudownego błędu komunikacji, wziąć  prom prosto do Maroka (sic!) ;) Poza tym zapachy i kolory. Niezrównane i ciągle zadziwiające absolutną doskonałością Natury. Patrząc na kolory Prowansji i wąchając świeży tymianek zerwany przez Grudzię, jestem pewna, że tak pachnie i wygląda któryś z rajów:) Bo tych rajów zwiedziliśmy dziesiątki jadąc z Nimes do Barcelony:)

Myślę, że to wszystko jest bezcenne. Tak samo jak jest bezcenny punkt wyjścia tej relacji z rajskiego rollowania. I to zupełnie nie rajski. Bo po powrocie uświadomiłam sobie, że to rollowanie ciągle trwa. Od roku, od września 2011 roku. I mimo, iż ten miniony rok świadomie nazywam najważniejszym, najpiękniejszym, a także najbardziej twórczym doświadczeniem w życiu, to właśnie ten prezent od Losu, od Rak’n’Rolla, od Agnieszki i Elizy, pokazał mi kolejny raz, że ta lekcja ciągle trwa. Myślę, że to właśnie jest w nim przewrotnie najcenniejsze.

Bo po powrocie była euforia, wspomniany zachwyt, organiczny wręcz deficyt rollowania i potrzeba „jeszcze i jeszcze”. Cóż to za energia, myślę, że każdy z nas wie, jak piękna i silna:) Potem zaczął się czas nadrabiania zaległości i …. pustka. Tym boleśniejsza, że poprzedzona tymi cudownymi doświadczeniami. Bo wróciłam i nagle okazało się, że jestem „wyrwana z kontekstu”, że od roku pracując nad szeregiem autorskich przedsięwzięć (a nigdy przedtem nie działałam tak autonomicznie) i po powrocie poczułam jak bardzo to wszystko mnie przerasta. Kiedy to sobie uświadomiłam, zrozumiałam, kolejny raz, że choroba daje nam zamknięte środowisko życia, ogranicza nas, ale tym samym daje poczucie bezpieczeństwa. Złudne i ograniczone, ale określone ramami. Ramami, które trzeba usunąć, żeby odzyskać prawdziwą, niczym nieskrępowaną wewnętrzną wolność. I to jest coś, lekcja, którą nieustannie musimy powtarzać, bo jest wbrew pozorom bardzo ulotna. Ale jakże skuteczna w rollowaniu raka:):):)

Więc idąc rakiem czyli wspak chronologii i porządku, jak zwykle wracam do samego początku:) Bo na początku był Rak’n’Roll. 

Do Rak’n’Rolla trafiłam 5.11.2012 r. z moim projektem. Usłyszałam o Rak’n’Rollingu. Poczułam ogromny żal, bo marzenia o podróżach razem z długą listą książek podróżniczych pomogły mi przetrwać chorobę.  I spóźniłam się. Po prostu. Jednak ku mojej ogromnej radości okazało się, że któraś z uczestniczek kolejnego planowanego etapu z powodów zdrowotnych nie może jechać i mogę jechać!!!!! Uczucie towarzyszące spełnianiu marzeń jest nie do przecenienia. Przepiękne, bezcenne. Miałam dwa dni na przygotowanie się do wyjazdu. Na rowerze jeździłam od czasu do czasu wiele lat temu w dodatku króciutko i „marudząco”, ale to przecież nie mogło mieć znaczenia:) Więc dwa dni na skompletowanie całego ekwipunku. Można? Można:)  Bo można wszystko jeśli tylko się o tym wystarczająco mocno marzy:) i to jest właśnie Rak’n’Roll:)

9.11.2012 r. czyli Rak’n’Rollowania dzień pierwszy

Wyjazd - Eliza z Kubą podwieźli mnie na miejsce. Widzimy się pierwszy raz. Przez dwa dni rozmawiałyśmy i korespondowałyśmy, ale mam takie całkowite poczucie zaufania do nich jakbym znała ich od dawna:) Dwóch cudownych Kierowców i Michał, który będzie z nami jechał. Fantastyczni towarzysze podróży!! Polska jesienią jest taka piękna. Niemcy również. Widziałam klucz gęsi i smoka z chmur. Ciekawe czy pierwsza gęś w kluczu czuje się odpowiedzialna za resztę? A czy reszta jej ufa? Czy to tylko instynkt? Autostrady są niesamowite. A świat piękny:)
Różowe „niebo nad Berlinem”:) Nie wiem, przypuszczam, bo do Berlina jakieś 300 km i nie będziemy przez niego przejeżdżać, ale jest pięknie:) Autostrada. Od czasu do czasu mijają nas sportowe samochody. I przyznam, że po raz pierwszy rozumiem, o co chodzi w tej zabawie. Ten rodzaj prędkości też jest, hmmm, niezły;););)

10.11.2012 r. Nimes – Montpellier – Lattes (ok. 63 km)

Wjechaliśmy do Francji niezauważalnie. Spałam. Można stwierdzić, że sen przeniknął granice. Z resztą w kwestii granic coraz więcej rzeczy mnie fascynuje. Np. jak niezwykłym zjawiskiem jest obecnie język angielski. Myślę, że o taki efekt chodziło twórcom Esperanto. Język internacjonalny. Ponad granicami.
Jechaliśmy 24. godziny. Jesteśmy zmęczeni. W końcu dotarliśmy do hostelu w Nimes. Totalnie magiczne miejsce. Krowy na suficie:) Różnobarwne, głową w dół, może wydaje im się, że idą przez Australię?;) A to sufit nad recepcją w Nimes;) Co się dziwisz? ;) Ślimaki w ogrodzie. Ogromne kolorowe, radosne. Bajka!  W końcu udało mi się wziąć prysznic. Cudowne uczucie!!!!! I pierwsze francuskie śniadanie. Boooskie. Jajka na twardo z mikrofali? Oczywiście;) Na szczęście Michał także zadaje pytania dotyczące ubrań rowerowych, więc jest nas więcej:) Chociaż on w porównaniu ze mną jest totalnym specjalistą w kwestiach rowerowych. Ale tu i teraz kawa w Nimes i wiara, że się dobudzę. Mój umysł jest pomiędzy niewyspanym marudzeniem a cudownym otwarciem się na przygodę, na piękno, na ludzi, których spotkam. Chcę tego... Telefonia komórkowa tez jest ok.;) Rozmawiam z Mężem, dzięki temu jest obok, zaraz za głośniczkiem telefonu!! Kocham go:):):)
Jakie piękne prezenty od Losu:) Siedzimy w hostelowej jadalni, a obok pracuje grupa młodzieży. Warsztaty teatralne:) Mówią po francusku, więc mogę tylko patrzeć. I w większości rozumiem:) Zdolni, młodzi fajni. Teatr jest cudownie wszechobecny. Podziękowałam im.
Przyjechały dziewczyny. Agnieszka, żywioł energii, cudowna. Ania, zmęczona i obolała, ale zadowolona. Muszę przyznać, że wtedy zaliczyłam jedyny kryzysowy moment. Poczułam strach porównywalny do tego w trakcie leczenia. Byłam o włos od powrotu z nimi. Ale poczułam, że nie mogę się poddać. Nie chcę. I dzięki Ci Boziu, bo od tego momentu zaczął się jeden z najpiękniejszych dni w życiu.
Nimes mnie zaczarowało. Wrócę tu. Prowansja jest niezwykła, a w niebie pachnie świeżym tymiankiem.  Jestem pewna.  Co za kolory!!! Tak piękne i nasycone, wspaniałe. Architektura niewymownie piękna. To niesamowite, ze każdy dom, każdy kawałek przestrzeni jest piękny, doskonały, dopracowany, że mieszkają w nich ludzie, że się tam budzą, jedzą, kochają. Totalny odlot:) Co do kondycji, jazdy z sakwami etc. jest super. Owszem, zdarzają się momenty, kiedy wyrywa mi się subtelny bluzg połączony z autosugestią „JEEEEEEEDZIEEEESZ!!!!” (szczególnie pod górkę (sic!;)), ale są relatywnie nieliczne. Kilka upadków również, bo sakwy przeważyły, ale to tylko delikatny chrzest bojowy. Poza tym Aga i Michał są wspaniali. Jedzie mi się z nimi fantastycznie. Ludzie, których spotykamy reagują na nas przesympatycznie:) Nawet kotna kotka z dzwoneczkiem na szyi witała się z nami, chociaż bałam się, żeby nie wpadła pod samochód. 
Po drodze mijamy niezwykłe, senne, piękne miasteczka. Zadziwiające jest to, że w większości puste. Siesta? I wszędzie zieleń, kwiaty i obłędne okiennice. Najczęściej niebieskie. Mój wymarzony dom właśnie wzbogacił się o ten detal:)
Po moim kolejnym upadku zatrzymaliśmy się na kawę. Jeśli ktoś oglądał „Kiedy Harry poznał Sally” i pamięta scenę w barze, bezsprzecznie można przyjąć, że tym, co piła Sally była właśnie ta kawa… BOOOSKA!!! Najlepsza kawa na świecie!!! Przystojni policjanci wskazują nam uprzejmie drogę, a my wtedy pozwalamy sobie na chwilę drogowego piractwa pod czujnym okiem stróżów prawa;););) Z Sette (?) jedziemy pociągiem do Montpellier, żeby mnie oszczędzić. Cieszę się, bo mimo wszystko ten pierwszy dzień pod koniec był już, nazwijmy to, lekko męczący;) Potem duże Montpellier, ładne, pełne palm i młodych ludzi. Szukamy Lattes, bo tam nocleg. Jazda taksówką i cudowny wieczór przy winie z Agą i Michałem. Cieszę się, że z nimi jadę. Maleńki hotelik i pokój stylizowany na kajutę statku. Nasz rejs w trakcie rowerowego tripu. Cuda cudeńka. Ach i jeszcze wszędzie po drodze konie. Cudowne, białe i biało-złote. Piękne. Prowansja, kraina białych koni.

11.11.2012 r. Lattes – Mireval - Frontignan – Agde (około 73 km)

Obudziłam się pierwsza. Ćwiczenia, masaż limfatyczny. Mogę być z siebie dumna. ZAKWASÓW BRAK:) Czyli niemożliwe staje się możliwe:) Dzień momentami trudny, ale niebywały. Wyjechaliśmy z naszego „kajutowego” pokoiku w Lattes. Wszędzie ścieżki rowerowe. Dojechaliśmy do przepięknego miasta nad morzem, Frontignan. Cóż za elegancja, co za splendor. Tłumy uśmiechniętych, spokojnych ludzi w towarzystwie buldożków francuskich. Cudne:) Aga i Michał cudownie o mnie dbają.  I w końcu MORZE!!!! Tęsknię za Gdynią, a tak długo nie mogłam do niej dojechać, no cóż, dojechałam nad Morze Śródziemne:) Po drodze zatrzymaliśmy się w malutkim miasteczku Mireval na pizzę z kozim serem i oliwkami. „BOSKIE” TO MAŁO POWIEDZIANE!!! I jeszcze rozpoczęłam swoją małą świecką tradycję degustacji ciastek w każdym miasteczku, w którym zatrzymywaliśmy się na postój. I muszę przyznać, że to były jedne z najprzyjemniejszych sensualnie momentów naszej podróży. Poczułam się absolutnie szczęśliwa. Kuchnia i endorfiny znajdują się w jednym ciągu przyczynowo skutkowym.
Pod koniec dnia zaczęła się dla mnie najtrudniejsza część. Do Agde dojechaliśmy już po zmroku. Puste przedmieścia, wyludnione, brzydko. Oprócz tego jezdnia non stop pod kątem. Miałam dość. Absolutnie prawdziwym jest twierdzenie, że złą energia przyciągamy taka samą. Nie polubiłam Agde, a wręcz umieściłam je w moim osobistym „top ten” najmniej sympatyczniejszych miejsc na świecie. Zrewanżowało mi się nie tylko kątem dróg zupełnie nie dla zmęczonych cyklistek - amatorek, ale również hotelem widmo, który mimo zarezerwowanych przez Agę „ostatnich miejsc” okazał się jednoznacznie zamknięty. Wówczas poczułam, że zrównanie z ziemią tej sielskiej aglomeracji jest tym, o czym marzę… Hotel Athena, do którego dzięki Grudzi trafiliśmy, dla równowagi był jednym z najprzyjemniejszych hoteli w jakich byłam. A sen w tym przytulnym pokoju okazał się niezrównany ufffffff…….

12.11.2012 r. Agde – Serignan – Narbonne-Plage (ok. 65 km)

Zaczęło się od cudownego poranka:) Słońce, Francja i Rak’n’Rolling. Lubię takie zestawienia. Po 25 km pierwszy postój w Serignan, pizza i bezcenne kawa. Zaczęło być zimno. Co za różnice temperatur, brrr. Francja jest naprawdę niezwykła pod względem życzliwości dla rowerzystów. W Polsce jechalibyśmy drogami pamiętającymi wóz Drzymały, a tu przepiękne ścieżki w „przestrzeniach międzymiastowych”. Francja nadal piękna, przepiękna. „Boże, jak tu pięknie” mogłoby stanowić light motive mojego rollowania.
                Potem zaczęło wiać… Dramat. Poczułam, że mnie to przerasta. Piękne tereny, mnóstwo wzgórz, cóż za widoki… Szczególnie kiedy jadąc pod kolejną górę czułam, że wiatr mnie stopuje jak jakaś cholerna ściana. MASAKRA. W końcu postoje co chwilę, Michał prowadzący dwa rowery, bo ja nie mam siły nawet iść, Aga łapiąca dla mnie stopa. No, ciężko polubić swoje ograniczenia… Ale to też ważna lekcja. W końcu Aga zatrzymała samochód trzech Krasnoludków:) Trzech cudownych facetów, roześmianych, rozgadanych, oscylujących pomiędzy francuskim i włoskim, w dodatku chyba ratownicy medyczni i wyglądający jak wyjęci żywcem z francuskiej wersji bajki o 3 krasnoludkach:) oczywiście wzrostu normatywnego. W samochodzie poczułam, że stał się cud. Potem jeden z moich samochodowych wybawców przesiadł się na rower Agi i w tym składzie dojechaliśmy pod sam dom Daniela, naszego fantastycznego hosta. Choć zanim dotarliśmy Michał i Aga mieli swój 10 km-trowy tour de France w tempie autentycznego wyścigu za naszym samochodem:) Dali rade. Dzielni.
                W domu Daniela kolejny raz poczułam, że dla takich spotkań warto spotykać ludzi. Cudowny, życzliwy, otwarty, obdarzony fantastycznym poczuciem humoru. Żałuję, że nie ma tu ze mną Seba, bo z pewnością dla niego również byłoby to świetne spotkanie. Ten sam rodzaj poczucia humoru. Mówię „o Boże” bo coś mnie zachwyciło i słyszę „no God. Daniel;)” The ferry to Marocco & gods around us;) Our french fairy tales. Aga zrobiła kolację, a spacer po plaży (leżącej 15 m od domu!!!!!!!) pod niebem wyglądającym jak wystawa Tiffany’ego pełnym setek, tysięcy gwiazd spowodował, że „o Boże!” padało baaaardzo częęęęęęstooo;););)

13.11.2012 r. Narbonne-Plage – Salses-le-Chateau – Bompas

                Dziś mój „lazy day“. Kolektywnie podjęli decyzję, że muszę odpocząć. No cóż, myślę, że to bardzo trafna decyzja. Nie jest trudno się „zajeździć”, bo mi ambicja nie pozwoli odpocząć, a potem stracić prawdziwą radość z dalszej podróży. Mimo wszystko jestem dumna ze swojej kondycji i wytrzymałości. Z pewnością ogromnie ważne jest rozciąganie. Rozciągam się w każdej wolnej chwili. To kolejne zwycięstwo, bo od 13. lat, czyli od naderwania ścięgna rozciągnięcie było moją piętą Achillesa i to w dodatku potwornie frustrującą. Własne ograniczenie. Strach przed bólem, cholerny strach przed bólem. I teraz, dzięki naszemu rollowaniu raka to też udaje mi się przezwyciężyć!!! Deficytu zakwasów ciąg dalszy:)
                Daniel zaproponował, że odwiezie mnie do Bompas samochodem. To niesamowite ile życzliwości otrzymujemy każdego dnia. Śniadanie, pamiątkowe zdjęcie we czwórkę na szczycie świata z widokiem na morze i góry i w drogę. Chociaż skrajnie różną;) Aga i Michał w starciu z najtrudniejszym dziewięćdziesięcio kilku kilometrowym odcinku, a ja w otoczeniu morza, plaży i palm:) Pełna równowaga. Obawiałam się, że mój angielski okaże się barierą komunikacyjną, jednak tu również mogłam sobie w końcu powiedzieć „mądra dziewczynka;)”. Dopiero kiedy pod koniec dnia doszliśmy do tematu Boga i tolerancji rasowej mój mózg poczuł zmęczenie materiału. Mam nadzieję, że kiedyś skończymy tę rozmowę, bo warta tego byłaJ Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Salses-le-Chateau. Przepiękny zamek. Niestety zwiedzanie całego trwa godzinę, więc jeszcze nie tym razem, ale to tylko kolejny powód, żeby tu wrócić. I jeszcze najprawdziwsze gorzkie migdały spadające prosto z drzew!!! Totalny obłęd. Dojechaliśmy do Bompas do domu Katriny zgodnie z planem. Tęskniłam kosmicznie za naszym zwierzyńcem, więc ten gościnny dom był wymarzony. Chippi, psia staruszka i dwa koty, nieśmiała Minette i urwis Filou to spełnienie moich marzeń o wygłaskaniu zwierzakowych futerek. Kolejny dom jak z bajki. Katrina jest malarką, jej dom jest jak tysiące marzeń w jednym miejscu. Lokalne ciastka, kolacja by Aga i najlepszy na świecie aperitif dopełniły dzieła. A czy wspomniałam, ż małże mogą być przepyszne???:) Jedyny problem to fakt, że prawdopodobnie zgubiłam portmonetkę ze wszystkimi pieniędzmi i moją obrączką i pierścionkiem zaręczynowym… Pieniądze są czymś nabytym, ale te dwa drobiazgi są dla mnie czymś bezcennym…

14.11.2012 r. Bompas – Perpignan – Port Bou – El Port de la Selva - Figueres

                Chippi odeszła. Rano okazało się, że diagnozy weterynarzy się sprawdziły i ona już nie wygrała z rakiem… ale była bardzo dzielna. I kochana przez Katrinę i Filou do końca… Niezwykłe, jak przyjmując zaproszenie tych cudownych Ludzi biorących udział w couch surfingu, wchodzimy w ich życie. Bez barier, bez ograniczeń, bez ściemy. To bezcenne, ich zaufanie, otwartość, dobroć. Umiejętność dzielenia się każdym przejawem życia. We mnie budzi to ogromny szacunek i wdzięczność. To piękny dar.
                Dojechaliśmy do Perpignan. Na dworcu Aga zadzwoniła do Salses z pytaniem czy nie znaleźli mojej portmonetki. Nie znaleźli… Wczorajszy dzień był słabszy fizycznie, ten był psychiczną masakrą. To też jest rollowanie, ale ta część na dole… Trudne…
                I znowu cud:) po godzinie spędzonej na dworcu telefon z Salses, że jest, że znaleźli. Jestem tak ogromnie wdzięczna i tak pewna, że to właśnie Ludzie tworzą świat pięknym:)
                Pociąg do Port Bou i hola Espana:) Obok dworca piękne schody, żywopłot i … koty. Dwa koty, rudy i czarny jakby zasadzone obok żywopłotu ze stoickim spokojem obserwujące moje zmagania z rowerem. No i oczywiście lokalne ciastka;)
                 
W Port Bou strajk. Ulice opustoszałe, czynna piekarnia i lokalny bar, serwujący doskonałe spaghetti z serami. Boskie choć trudno je nazwać lokalnym specjałem;) Widoki rajskie, skały, rozbryzgujące się na nich fale i cudowna zieleń. Szczęściarze z nas:)
                Odległość jest rzeczywiście wartością względną. 10 km przez kawałeczek Pirenejów to najdłuższe 10 km w życiu. Ale widać progres. Wcześniej nie dałabym rady podjechać pod te wzniesienia. Teraz tak. Kolejna granica przesunięta. Jestem pod wrażeniem życzliwości Agi i Michała. Troska w czystej postaci.
                Nasza Mekka, El Port de la Selva, pełne casas blancas, drzew pomarańczowych, palm, bambusów i cyprysów. Morskie fale, góry i zieleń, morze zieleni. W El Port de la Salva bar – cantyna przy stacji, czysty folklorJ Nasze pierwsze tapas.  Ośmiorniczki na plasterkach ziemniaków z bagietką. Pierwsze kulinarne koty za płoty nie są może najtrafniejszym określeniem, ale pierwsze ośmiorniczki już chyba tak;)
                Pociąg do Figueres, króciutkie trasy, ale bezcennie regenerujące. Miasto wspaniałe. Niewielkie, spokojne, piękne. Hotel znów zaskakujący. Apartament wielkości normalnego mieszkania, totalny komfort, jest super. I jeszcze Desigual – moja miłość. Kompletna definicja sztuki użytkowej. Jestem szczęśliwa.

15.11.2012 r. Figueres – Caldes de Mireval – Santa Susanna

                Listopad. Listopad???? Moja percepcja niedowierza;) Przecież tu jest środek lata. Hiszpania jest boska. A śniadania kontynentalne zyskały kolejną fankę. OOOOWOOOOCEEE!!!!! Mało mało mało!!! I croissanty z masłem i miodem…mmmm…. Nasz domofon nie działa, więc Michał schodzi,  żeby mnie wpuścić i zatrzaskuje klucz:) Przygodo witaj. W Figueres muzeum Dalego. Nie wiedziałam, nie zobaczyłam, muszę wrócić. Pociąg i około 50 km rollowania. Piekielna trasa dla amatorów takich jak ja. W górę, troszkę w dół i znów w góóóóręęęę…. Mam dość.
                Caldes de Mireval. Nadmorskie miasteczko o smaku bagietki z tuńczykiem, serem i duszonej cebulki. Podoba mi się. Krótka podróż i nasz czterogwiazdkowy prezent od zaprzyjaźnionych kontrahentów Agi, którzy ideę Rak’n’Rolla wysyłają w świat udzielając wywiadów na temat naszego podróżowania. Kawał doskonałej roboty:) Onabrava – raj na Costa Brava. Basen wewnętrzny, zewnętrzny pod palmami, mojito hiszpańskie, aqua aerobic i przeróżne tajemnice basenowe, które powodują, że człowiek czuje się jak w niebie. Ale to przecież Costa BravaJ I znów merituum sprawy stanowi jadalnia… Zakochałam się w tych szwedzkich stołach… owoce morza, sałatki, desery, owoce… nawet lody… moje życie staje się kompletne w kontekście kulinarnym;)

16.11.2012 r. Santa Susanna – Badelona – Barcelona

                Obudzić się w czterogwiazdkowym hotelu z widokiem na Costa Brava, basen i palmy. Słyszeć szum fal głośnych jak pociąg (oczywiście dopiero po otwarciu okna, bo wcześniej dźwiękoszczelne okna chronią nasze uszy i ich nienaruszalny komfort). Zjeść śniadanie, które na długo zapisze się na Twojej liście bestsellerów. Krótko mówiąc: opis raju w kilku punktach. Więcej jest zbędne, bo to i tak przeżycie typu: żadne słowa tego nie opiszą. Oprócz jednego. SZCZĘŚCIARZE:):):) I jest to kolejny dowód na to, że ludzie, którzy przez całe życie narzekają, pracują nie lubiąc swojej pracy, robią rzeczy, które nie dają im nic poza frustracją i zmęczeniem nie mają pojęcia jak prosto zostać najszczęśliwszym człowiekiem na świecie:) wystarczy chcieć, a cały wszechświat dołoży wszelkich starań żeby się spełniło:):):) wiem, bo praktykuję od dawna, a Onabrava potwierdziła to w pięknym stylu:):):)
                Droga do Barcelony w większości bezpośrednio przy plaży. Dojeżdżamy do Badalony. Po drodze mijamy slumsy nadmorskie. Zderzenie dwóch rzeczywistości. Czy to kwestia wyboru?
                Barcelona:):):) Nasz hostel wzbogaca pełen przekrój warunków noclegowych:):):) na korytarzu również polskie głosy:):):)
                Sagrada Familia wywiera piorunujące wrażenie. Cóż za koncept, co za twórczość, co za boski zmysł twórczy. Maestro Gaudi. La Rambla wieczorem jest oblężona przez tutejszych i nietutejszych . Morze ludzi. Pięknych, barwnych, uśmiechniętych. I metro, całe podziemne dziewięcionitkowe miasto pod miastem. Pierwszy raz stykam się z takim zjawiskiem. Jestem absolutnie „ZA”:) Włączamy się w krwioobieg miasta. Jest pięknie. Wieczór to pakowanie, winko i my w holu:) Jedna rzecz jest trudna do zaakceptowania. Jutro koniec…

17.11.2012 r. Barcelona – Okęcie / Warszawa

                Barcelona płacze, bo dziś wracamy do Polski. Przez osiem dni pogoda potwierdziła piękno naszego rollowania. Dziś pada. Na lotnisko dojeżdżamy bez opóźnienia. Ale nadrabia to samolot przylatując z pięciogodzinnym opóźnieniem. Mgła nad Okęciem. Pamiątki, prezenty, souveniry:) Michał twierdzi, że jestem wymarzonym odbiorcą handlu. Niestety ma rację. Dostajemy vouchery na szaloną kwotę 4E. Normalnie Rockefellerzy;) Starcza na pączka, croissanta i kawę. Odlatujemy. Daniel życzy nam spokojnej podróży. Cudowny jest, pamięta o nas i okazuje morze życzliwości. Piękne spotkanie. Wiem, że jeszcze się spotkamy:) tak samo jak to, że jeszcze nie raz wrócę na naszą Rak’n’Rollingową trasę. Więc Polska. Już tęsknię za Meridą. Okazuje się, że nieświadomie dokonuję przemytu;) Cztery kaktusy kupione w Barcelonie przylatują ze mną. Moi kolczaści przestępcy;) Oprócz tego przywożę ogromny deficyt podróżowania, który niebawem będę chciała zacząć zaspokajać oraz zachwyt. 

Czy wspominałam już jak tam było pięknie?:):):)

Rutka Rak'n'Rollerka ... wspomnień cd

... Wyprawa była dla mnie wielkim wyzwaniem i była dość ciężka, ale przy okazji to także wielka przygoda której nigdy nie zapomnę! Jak tylko zobaczyłam wpis na stronie, że organizowany jest taki wyjazd, bez wahania wysłałam zgłoszeniowego maila. Od paru lat podróże to moja pasja i dlatego takie akcje podróżnicze, na dodatek takie szalone bardzo mnie kręcą!!! 

Zdawałam sobie sprawę, że może to być trudny wyjazd. Przez chorobę i leczenie kondycja  nie jest już taka najlepsza, z drugiej strony co nas nie zabije to nas wzmocni!!!

Z Agnieszką od razu złapałyśmy świetny kontakt. Wcześniej nigdy nie podróżowałam rowerem na długie dystanse, ale Aga ciągle powtarzała że nie mam się o co martwić, że spokojnie damy rade i tak faktycznie było! Jak tylko złapałam rytm jazdy i narzuciłyśmy tempo było już spoko. 

W trakcie postojów czerpałyśmy moc z włoskiej kawy, a przerwy na trasie pozwalały na zregenerowanie sił. 

Najbardziej obawiałam się dwóch rzeczy: deszczu i wzmożonego ruchu na drodze. Jak się okazało jedno i drugie można pokonać. Po przejechaniu 40 km w deszczu chwilami przechodzącego w ulewę już nic nie było nam straszne! Wieczorkiem rozgrzewałyśmy się lampką regionalnego winka i dzięki temu żadne choróbsko się do nas nie przyczepiło. Czasami wystarczało sił na wyjście do miasta lub kawiarni, co umilało nam wieczory. 

Były tez chwile słabości, których przyczyną u mnie stał się nieznośny ból kolan. Walczyłam z nim przez ostanie 5 dni na trasie. Chwilami było na prawdę ciężko, ale dłuższe przerwy w jeździe i nadrabianie krótkich odcinków koleją pomogły przetrwać mi do końca. Aga wspierała mnie w tych trudach, a gdy nadchodził kryzys na trasie zawsze polecała mi by słuchać muzyki w trakcie jazdy. To faktycznie pomagało. Umysł był zajęty, a nogi chociaż zmęczone kręciły do końca. 

Ogólnie to buzie nam się ciągle uśmiechały, wiele zabawnych sytuacji umilało nam czas. Hitem stał się slangowy "Pampers" czyli spodnie z wkładką które na trasie były zbawienne! Zaliczałyśmy czasem gotowanie kolacji w hotelowym pokoju, ale jak człowiek głodny to jest w stanie wszystko zrobić :-)! zostałyśmy także przecudownie ugoszczone w jednym z pensjonatów włoskich, gdzie właściciel Angelo zafundował nam ekskluzywną kolacje! Byłyśmy mile przyjmowane na noclegach w ramach Couchsurfingu, gdzie opowiadałyśmy o naszej podróży i projekcie a nasi gospodarze byli fantastyczni!


Bywały dni słoneczne, przezabawne, z pięknymi widokami, ale bywały i trudne, pochmurne, deszczowe, bolesne. Tak samo jak bywa w życiu i chorobie. Tak bym to porównała. Najważniejsze, że w tym wszystkim się nie poddajemy i cały czas idziemy do przodu ... pomimo wszelkich trudów i dzięki wspaniałym chwilom, cudownym osobom które nas wspierają!

Agnieszka jest świetną kompanką w podróży i na prawdę to jest jej żywioł. Cieszę się że to właśnie w jej towarzystwie przeżyłam ta wielką przygodę! 

Dzięki Agnieszka za cały ten czas, dziękuje także Elizie, Marcie i Magdzie i wszystkim których jeszcze nie znam. No i rodzinie, znajomym i bliskim za wspaniały doping i wsparcie!


To gdzie teraz ruszamy Aga? :-)