wtorek, 7 października 2014

Ta „moja” góra to jak droga przez chorobę. Najpierw myślisz to nic takiego. Uporam się z tym szybko. Po drodze jednak pojawia się kilka niespodzianek…

Moja przygoda z Lackową miała wymiar fizyczny i refleksyjny. Tak to już podobno jest, że różne trudy swojego życia staramy się tłumaczyć jak najbardziej na swoją modłę. A przecież najpopularniejsze stwierdzenie brzmi: tak musiało być. A więc ja i Lackowa - tak musiało być…

Właściwa droga na tę „niepozorną” górkę rozpoczęła się w miejscowości Izby. Miłe widoki, szeroka porządna droga, mijamy stadninę, po lewej w oddali majaczy coś jak góreczka, taka w pełni zalesiona. No jak to? Gdzie ja niby mam się rozpędzić jak ta kozica, żeby sprawdzić swoje siły po chorobie? Lekko rozczarowana idę jednak dalej. Zobowiązanie to zobowiązanie, a czas spędzony z mężem przecież bezcenny.


Po kilkunastu minutach dochodzimy do rozwidlenia dróg, a tam coś co nas jednocześnie rozbawia i zbawia. Bo oto okazuje się, standardowe oznaczenie szlaku poprowadziłoby nas nie tam gdzie trzeba. Trzeba było zapewne wielu zagubionych turystów, żeby ktoś wpadł na tak prosty i mądry pomysł jak dopisanie markerem na słupku, która z dróg jest właściwa. A właściwa jest w… krzakach!



Pakujemy się rozbawieni w te krzaki, ślizgając się co jakiś czas na poburzowym błocie. Idziemy wciąż dość prostą drogą, nie wymagającą jakiegoś wielkiego wysiłku. Myślę sobie: raz dwa wejdziemy i zejdziemy. No dobra. Zróbmy to szybko, bo widoków ciekawych tu nawet nie ma. Kiedy pojawiła się lekka irytacja, tak mało wymagającym miejscem, teren zaczął się wznosić na tyle, że łatwiej było mi się poruszać przy użyciu kijków trekingowych.

Kilkanaście minut dalej już dyszałam, a w dialogu z mężem pojawiły się pierwsze pochlebne opinie na temat Lackowej: no, no, niby takie nic, ale jednak można się tu troszkę pomęczyć. Gdybyśmy wiedzieli, że za chwilę dojdziemy do prawie pionowej ściany to właściwie nie wiem jaka byłaby wtedy reakcja. Dobra, nie była pionowa, ale prawie! Kijki zaczęły przeszkadzać. Należało zacząć lekko kombinować, gdzie postawić właściwie nogę, żeby nie zjechała z błotem i resztą naszego ciała. W bezkolizyjnym, dla skóry rąk, łapaniu czego tylko się dało wspomogły mnie przezornie zakupione rękawiczki (skąd ta przezorność:)).


W ruch poszło nieparlamentarne słownictwo… Pojawiły się pierwsze wątpliwości: czy dam radę? Zaraz za nimi pojawił się też pierwszy bunt: jak to ja nie dam rady?! Zmęczenie i pytanie jak osioł ze Shreka: daleko jeszcze? I triumf po przejściu tego odcinka kiedy spojrzałam w dół. Prawdziwy triumf J Do szczytu trzeba było pokonać jeszcze kawałek, ale po takim wejściu to był już prawie spacer. Żmudny, wśród powalonych drzew, wzdłuż granicznych słupków tak jak od początku drogi, ale już na tyle spokojny, że i porozmawiać się udało przy użyciu słów uznawanych powszechnie za kulturalne.


I oto pojawił się SZCZYT, a właściwie niewielka tabliczka z napisem Lackowa. Bez specjalnych widoków i co najważniejsze bez schroniska z pyszną szarlotką i kawą! O zgrozo! A więc pstryk, pstryk, pstryk-byliśmy tu, doszłam, a więc jestem w jako takiej formie po chorobie. Rak’n’roll był tu z nami. To za jego sprawą to wyzwanie. Flaga przywiązana tak, żeby nie było wątpliwości skąd są prawdziwi twardzieleJ Duma. Poczucie spełnienia. No dobra wracajmy.

Podobno zwykle ważniejsze są wejścia. Być może tak jest w przypadku zwykłych, przewidywalnych gór, Lackowa z całą pewnością taka nie jest. Droga w dół wymogła na mnie duże skupienie i ostrożność. Nogi ześlizgiwały się z kamieni. Na drzewa wręcz się wpadało. Było zdecydowanie gorzej niż przy wejściu.


W tym całym skupieniu przyszła mi do głowy myśl bardzo podobna do tej, która kierowała Małgosią Ciszewską - Korona przy zdobywaniu Wysokiej Kopy. Małgosia pisała, że "Zdobywanie góry to tak jak marsz przez życie” pomyślałam wtedy, że ta „moja” góra to jak droga przez chorobę. Najpierw myślisz to nic takiego. Uporam się z tym szybko. Po drodze jednak pojawia się kilka niespodzianek. Tak jak musiałam zmieniać sposób wchodzenia tak samo musiałam przejść przez różne etapy leczenia. I kiedy myślisz, że już po wszystkim, że najgorsze za tobą, pozostaje powrót. Powrót na dół, powrót do życia po raku…

Dlaczego ten powrót po chorobie jest tak ciężki jak to zejście z Lackowej? Bo jesteś już kimś innym. Dotknąłeś i zobaczyłeś coś co zmienia sposób patrzenia na świat, a teraz musisz się w nim odnaleźć. Pokonać strach i zejść z tej „góry” gdzie byłeś sam, bo w tych najważniejszych wędrówkach duchowo zawsze jesteśmy przecież sami. Oswoić się z myślą, że „tam” na dole też jest życie dla ciebie. Inne, ale jest. W końcu ty też przecież wciąż tu jesteś…

Z ogromnymi podziękowaniami dla ukochanego męża, który pomagał przy potyczkach z rakiem i Lackową oraz dla Rak’n’rolla za możliwość uczestniczenia w projekcie zdobywania Korony Gór Polski przez pacjentów onkologicznych- relacjonowała dla Państwa zdobycie Lackowej Anna Teodorowicz J