wtorek, 19 sierpnia 2014

Wszystkim pragnącym żyć, cierpiącym i tak cholernie smutnym dedykuję każde moje zdobycie szczytu.

"Urzekła mnie aura tajemniczości i legend otaczających tą górę, a i sama kolekcjonuję czarownice. I powiem szczerze było tajemniczo. Góra niby nie wysoka, wydawałoby się że łatwa do zdobycia. Według głosów dobiegających z różnych stron - wręcz spacerowa. Taki lajcik. Ale to tylko pozory i złudzenia. Tak jak w życiu, nic nie wygląda tak jak nam się to wydaje. Wędrówce towarzyszyła burza, ulewa, gradobicie i wszechogarniające błoto. A i trasa nie wyglądała tak jak została zaplanowana. Z powodu problemów komunikacyjnych krótki szlak (ze Świętej Katarzyny) odpadł na samym początku. Jedyne co pozostało to 24-kilometrowa wędrówka szlakiem z Nowej Słupi. Długo, daleko, w fatalnych warunkach atmosferycznych. Turyści po drodze wymiękali, ale nie ja. Ubłocona po kolana, przemoczona do szpiku kości ale cholernie szczęśliwa. Dla mnie los jest od prawie 10 lat łaskawy. Dziękuję Bogu że mogę iść, że mogę wejść na górę, zdobyć ją. I już po raz trzeci wchodziłam na szczyt z myślą, że mimo, że czasem opadam z sił, że muszę odpocząć, złapać tchu to JEST MI DANE mieć tę siłę, której inni z racji swojej choroby nie mają. Wszystkim pragnącym żyć, cierpiącym i tak cholernie smutnym dedykuję każde moje zdobycie szczytu. Wszystkim razem i każdemu z osobna. A na szczycie wszystkich chorujących jest moja mama, która od dwóch lat walczy z rakiem jajnika. Myśl o niej jest moją siłą napędową i daje moc parcia na przód. Dla niej.

Czego się obawiam? Że oprócz zaciśnięcia zębów i parcia na przód nic nie mogę więcej zrobić :( Więc zaciskam i idę. I będę szła dalej!!!" - Ula S.