poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Po co tam pojechałam? Właśnie po to, żeby poczuć i przeżyć tę chwilę gdy dociera się do celu, na szczyt!

Wiele osób przed wyjazdem komentowało: gdzie mnie znowu niesie, co znowu wymyśliłam? Przecież miałam kontuzję kolana, pobyt w szpitalu, to za ciężkie dla mnie! Tak na prawdę nigdy się nie zastanawiam: za ciężkie czy nie, bo wtedy nie podjęłabym żadnego wyzwania! Zdecydowałam się od razu, a jak będzie to się okaże... - wspomina Ania, która wraz z Edytą zdobyły Radziejową.



Pobudka o wschodzie słońca, śniadanie mistrzów i wyruszyłyśmy na wielką przygodę. Edyta jest bardzo wesołą i pogodną osobą, uwielbia biegać i dopingowała mnie od samego początku. Pierwsze podejście, niby mała góreczka, a ja zaczęłam dyszeć jak parowóz!!! Wiedziałam, że nie będzie lekko, przez ostatnie pół roku moja kondycja bardzo spadła i ze względu na uraz kolana musiałam ograniczyć moją aktywność, ale stwierdziłam że co to taka Radziejowa, przecież damy radę, a przy okazji będzie wesoło! 


I było od samego początku. Zdjęcia na szlaku, bieganie wokół kopek siana... podbiegi pod łagodne górki. Zaczęło się cudownie. Szlak przechodził przez podwórze pani Michaliny, która uraczyła nas miłą rozmową, a ja w tym czasie regenerowałam siły. Krajobraz przepiękny. 


Pierwszy etap był dość trudny, ciągle pod górę, w lesie, niemal jak po drabinie. Potem było więcej terenu odkrytego, z ładnymi widokami i pojawiało się wiele wypłaszczeń - to było dla mnie ulubione słowo, gdy Edyta będąc kilka metrów przede mną wołała: Ania, mam dla Ciebie dobrą wiadomość - będzie płasko. Po czym przed nami wyrastał kolejny szczyt i trasa w górę. 


Pogoda była niezła, słońce grzało, ale towarzyszył nam przyjemny wietrzyk. Na ostatnim etapie,ok. godziny do osiągnięcia szczytu, gdy zobaczyłyśmy w tle Tatry ucieszyłyśmy się, że już jesteśmy blisko, ale szybko okazało się, że musimy zejść ostro w dół, przejść dolinę i ostatnia prosta to było ciężkie podejście. Język wisiał mi już do pasa, serce waliło jak szalone, ale szłyśmy dalej, przerwa co 23 kroki i wreszcie.... upragniony szczyt!!! 


To było piękne... I jeśli pytacie dlaczego tam pojechałam, to odpowiedź brzmi właśnie po to by poczuć i przeżyć tą chwilę gdy dociera się do celu, na szczyt... a wrażenia  z tym związane, w towarzystwie Edyty.... Bezcenne! Na szczycie Radziejowej znajduje się wieża widokowa, i choć nogi już bardzo bolały to wdrapałam się na wieżę by tam umieścić i zostawić symboliczną Flagę! 

To było dla mnie kolejne piękne doświadczenie, które zawdzięczam Fundacji Rak'n'Roll. Czekam na następne!!! Dziękuje wszystkim którzy mnie wspierali, Elizie, Monice no i Edith!

Kim jest Ania? Przeczytajcie.