środa, 16 stycznia 2013

Raknrolling - simply the best!


Ostatni dzień jazdy do Zwrotnika Raka z założenia miał być przedostatnim... okazało się jednak trochę inaczej...
 

Nie myślałam o finiszu, o symbolicznym celu i końcu projektu. Mimo, że został nam tylko kontakt smsowy, to FejsBookowy doping spowodował, że czuliśmy, że bezwględnie musimy dać z siebie maximum! Codziennie rolling! Codziennie powtarzane czynności: wyspać się, spakować, rozpakować, najeść, napić ... Ot - rutyna, ale taka niezwykła - ograniczona do minimum. To chyba nazywają Wolnością! Romantyczny banał nierozerwalności z naturą i poddania żywiołom: słońce, deszcz,wiatr. Poukładanie i prostota świata ograniczonego do podstawowych czynności. 

I czas! 

W końcu - Jest!!! 

Rozkminiam tematy od dawna zarzucone. Z codziennego myślenia o ludziach i wydarzeniach, jest czas na filozofowanie, kreacje ponad obowiązkową. Myślę, że to leczy - z mini depresji, nałogo-przyzwyczajeń i jestem przekonana ze wygania raka. W wyprostowanym i posprzątanym nagle świecie trudno się zagnieździć, przylepić, nie ma miejsca na rako-szykane ...


Tak myślę, a droga mija ...
Sahara Zachodnia to dzikie i bardzo klimatyczne tereny. Niedocenione i niezeksplorowane - im bardziej na południe tym coraz mniej ludzi, osad. Za to więcej patroli wojskowych. Czasu mamy mało więc pedałujemy codziennie - ile wlezie. Droga pięęęęęęęękna i malownicza, choć od wczoraj wkradła sie pustynna monotonia...


Poniosłam dziś komunikacyjną porażkę. Siejemy się z tego cały dzień. 
Jedziemy, zatrzymuje nas marokański patrol (kontrola na drodze jak zwykle). Sprawdzają nam paszporty, pytają o zawód., spisują dane... Trwa to standardowo z 20 minut. W międzyczasie jeden z funkcjonariuszy zagaduje: 
- Skąd jedziecie? Po co? Gdzie?etc.. 
Staram się wytłumaczyć:
- Do Zwrotnika Raka - rowerami. 
- Po co? 
- Dla walczących z chorobą. 
Nasz oficer nie bardzo rozumie. Nie poddaję się. Pokazuję mu nasze pocztówki raknrollingowe przedstawiające rozjechanego, smutnego raka. I nagle - olśnienie.
- A crab!
- Nieee. - kręcę przecząco głową -  Nie crab tylko cancro! Tumore! 
Na to policjant zadowolony: 
- Oui! Langosta! Poisson! - (czyt. Homar, ryba!) i zaczyna grzebać w komórce pokazując swoje zdobycze wędkarskie :-))) 
Nie wierzyłam własnym uszom...a Jerry już prawie pryskał ze śmiechu.
Załamałam ręce ... no trudno...
..... więc Kochani! Raknrollingujemy na Zwrotnik Raka ...  po duuuużą rybę :-))


 Po 10 dniach pedałowania drogowskaz na drodze wskazywał 150 km do Dakhla - miasta na Saharze Zachodniej leżącego najbliżej Zwrotnika Raka. Byliśmy po trzech "sahara campingach" na dziko i choć to "czysta przyjemność", to jednak już mocno zakurzona i przepocona. Poczuliśmy potrzebę "luksusu" czyt. umycia się "normalnie" (w minimum 4 litrach wody). 


Tymczasem wiatr zaczął nam sprzyjać. Było jeszcze dość wcześnie, a cel zaczynał nabierać  realnych kształtów. Poczyliśmy, że jesteśmy już naprawdę blisko. Pojawiła się pokusa by zaatakować Zwtotnik Raka jeszcze tego dnia. Rozpoczęła się walka z czasem. Było już po 17tej, więc generalnie najwyższy czas szukać noclegu. Do Zwrotnika - ok 20 km, ale gps rozładowany i mamy wątpliwości - czy tablica znana ze zdjęć nadal tam jest... 

Jedziemy dalej. Wiatr wieje cały czas w plecy, więc pedałujemy ile sił w nogach.

- Jest tablica!!!! Patrzcie jest!!! Dojechaliśmy!

 Radocha! Stajemy, grzebiemy w sakwach poszukując flagi, żeby zdążyć ze zdjęciami póki słonce! Za moment okazuje się,  że nie jesteśmy sami. Nasi "wojskowi opiekunowie", których kolejne patrole śledzą każdy nasz krok  na Saharze Zachodniej, przybyli w ślad za nami. Nieco zdziwieni zamieszanem i naszą euforią trafycyjnie przeszli do rutynowych pytań: dokad jedziemy, paszporty i zawód. Oddaliśmy paszporty i kompletnie się nie przejmując ich obecnością kontynuowaliśmy sesje zwrotnikową. 


Okazało się, że to nie koniec pozytywnych zdarzeń tego dnia. Spotkaliśmy najwspanialszych żandarmów na świecie. Jak tylko uświadomiliśmy im, że właśnie dotarliśmy do celu 3 miesiecznej misji, poczęstowali nas pomarańczami i szczerze pogratulowali. 

W czasie miłej pogawędki padło jednak pytanie: 
- I co teraz zrobicie?? 
Zapadał już zmrok, robiło się zimno, na naszych licznikach 174 km, a zapas wody marny, więc zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba udawać bezradność. 
- Teraz musimy złapać stopa! Musimy przejechać 30 km do głównego skrzyżowania z drogą do Dakhla. 
Dodam, że było to dość abstrakcyjne stwierdzenie. 4 osoby z rowerami na drodze gdzie w ciągu całego dnia pzejeżdża moze z 5 pick-upów zdolnych do transportu takiej ekipy. No i zmrok... Nasi stróżowie  poczuli za nas odpowiedzialni. Jeden z nich wsiadł w auto i gdzieś pojechał, drugi został z nami na Zwrotniku. Ledwo zdążyliśmy się ubrać, nasz żandarm stróż zatrzymał wielką ciężarówkę... Okazało się, że kierowca wraca z Mauretanii bez załadunku, więc rowery - jak stały z pełnym osakwowaniem wjechały do przyczepy, a nasza czwórka, z kierowcą i pomocnikiem wskoczyła do szoferki :-)) 


Jazda jak w limuzynie! Nowiutka, super wygodna ciężarówka sunęła miękko po drodze, nasi żandarmowie w ramach obstawy - eskortowali nas, a kierowca nadrobił prawie 100 km i zawiózł nas na przedmiescia Dakhli. Taki był finał 1200 km trasy z Agadiru. 

Raknrolling - simply the best! 

Agnieszka Grudowska