wtorek, 8 stycznia 2013

Rak‘n‘Rolling - RAKU DRŻYJ!


Nie myślałam, że mnie na to stać. Że wsiądę na rower i pojadę w kierunku Zwrotnika Raka...

Są w człowieku jednak pokłady siły, jakiej się nie spodziewa. Dla mnie były one zaskoczeniem!:)

Bo kiedy usłyszałam o projekcie, to najpierw pomyślałam, że jest nie dla mnie. No bo gdzież tam, Jaaa..? Na podróżników patrzyłam zawsze z wielkim szacunkiem i podziwem, ale poprzeczka ich wytrwałości i determinacji, wydawała mi się nie do osiągnięcia. Ja jestem babą w pełnym tego słowa znaczeniu. I ja mam jechać na ROLLING???


A zaraz potem pomyślałam, że przecież ja już raz w taką podróż musiałam wyruszyć, gdy usłyszałam diagnozę RAK. I wtedy,tamtego raka,  przejechałam! Dawno! Na tyle dawno, by zapomnieć jaki ze mnie HEROS! Postanowiłam więc, że i teraz nie dam sobie taryfy ulgowej ani prawa do myślenia o sobie jak o mięczaku! Zrobiłam samej sobie na przekór i pojechałam.


Bardzo się cieszę, że jechałam z Malagi do Casablanki! Że akurat tam! Widziałam piękny, pełen kontrastów kawałek Ziemi. Złapałam tam jeszcze trochę zeszłorocznego słońca we włosy! Poza tym te granice... Lubię do życia podchodzić metaforycznie, a TE granice (4-ry za jednym zamachem!)  to jakaś taka gigantyczna metafora! Gibraltar - granica Państw (Hiszpanii i Maroka), granica kontynentów (Europy i Afryki), granica mórz i oceanów (Śródziemnego i Atlantyku) i najtrudniejsza do przekroczenia – granica swoich możliwości (pomiędzy mocą a niemocą własną), ta była największym zadziwieniem.

  

Rolling to inna podróż, inne zwiedzanie, inne życie. Z perspektywy roweru można widzieć więcej, w innym tempie, i w innym celu niż tylko zwykłe oglądanie. To jest po prostu FANTASTYCZNE!

Smaki Afryki jakimi zajadaliśmy się codziennie, zapachy jakimi się zaciągaliśmy, widoki pełne niesamowitych wrażeń, spotkania z ludźmi, to zostanie mi w pamięci na zawsze. A dodatkowo świadomość tego, że my-„etap 6-ty”, jesteśmy częścią większego planu, świadomość NIESAMOWITEGO celu, w kierunku którego podążamy, dodawała wielki power!   

 

Było nas czworo w drużynie i mam wrażenie, że udało nam się stworzyć team doskonały! Jak w sprawnie wyregulowanym urządzonku, każdy wiedział po co jest i co ma robić. I czuć było jakąś taką niesamowitą koncentrację na drugim, troskę i opiekę. Ja ją czułam! 


Karolina Sypniewska zarażała energią i humorem. Wiozła w sakwach tony kabanosów i owsianki, którymi obdarowywała obficie. A owsianka na rowerze smakuje wyjątkowo! J Jak rasowa liderka zwana przez nas „czyrliderką” wiedziała jak zapewnić sobie naszą dozgonną miłość. To osoba, która wejdzie wszędzie, dogada się z każdym i załatwi wszystko!
  

Kuba Marciniak nie dostał ani razu zadyszki, nawet pod najwyższą górę! Na prawdę! Porażał siłą spokoju i siłą wsparcia. Serwisował nasze rowery z takim zaangażowaniem, że potrafił wejść z nimi nawet pod prysznic! :)



Michał Semrau rozmawiał z dżipiesem :) , dzięki niemu zawsze było bliżej niż myślałam! Potrafił też na każde zawołanie, w każdych warunkach i bez względu na wszystko zaparzyć mocną, cudowną, aromatyczną kawę! Z uśmiechem jak zwykle gratis.





Dzisiaj jestem już w domu. Silniejsza o TO doświadczenie. I myślę że warto czasem w życiu porwać się z motyką na słońce. Warto zrobić coś sobie na przekór. Aby pokazać, że rzeczy niemożliwe stają się MOŻLIWE! No bo stają się, prawda? :)

Monika Dąbrowska