sobota, 10 listopada 2012

Rak’n'rollując w Alpac



Tym razem wspomnienia Kuby z etapu Czeskie Budziejowice - Mediolan:

Jak jest w Alpach na przełomie października i listopada? Zimno. No właśnie. Znowu…


Podczas gdy Eliza mokła i marzła w drodze z Ceskich Budejovic do Linz ja uprawiałem jogę podczas 15-godzinnej podróży Polskim Busem do Wiednia. Może ceny są bardzo fajne i gniazdka na laptopy też, ale ilość miejsca jest strasznie mała i daje się we znaki w trakcie dłuższych podróży. W Wiedniu przesiadłem się w pociąg z 3 wagonami z miejscami na rowery i tym sposobem spotkaliśmy się w Linz u Andrei ratującej wszechświat herbatą z miodem i imbirem.

Dostroiliśmy rowery, zrobiliśmy mały przepak i wczesnym rankiem po 13 wyjechaliśmy z Linz w kierunku Salzburga.

Pierwszego dnia jechało się ciężko, stąd tylko 115 km na liczniku. A wstawało się jeszcze ciężej. Odwilż zrobiła swoje – nasz jednowarstwowy namiot i śpiwory puchowe zaczęły przypominać mokre ścierki, a rowery bałwanki.

Ruszamy na Salzburg!

Salzburg

Fragment Niemiec pomiędzy Austrią a Austrią.

Ciągle Niemcy

Po pokonaniu 120 km zdecydowaliśmy się zatrzymać na nocleg i za niego… zapłacić. Z wysuszonymi śpiworami i namiotem ruszyliśmy do Włoch przejeżdżając po drodze przez Innsbruck. Nic ciekawego.

Z Innsbrucka wspinaliśmy się do Brennero na przełęcz położoną na wysokości ok. 1300 m n.p.m., a gdzieś nad nami ciągle przewijała się autostrada poprowadzona na robiących wrażenie wiaduktach.

Jak zwykle… zrobiło się ciemno, ale jechaliśmy dalej.

W końcu dotarliśmy do Italii! Przed nami 60 km ciągle lekko w dół do Bolzano. Ruszając z granicy ubraliśmy się w czwartą już warstwę ciuchów i drugą czapkę i zaczęliśmy zjeżdżać. Po ok. 15 km zatrzymaliśmy na pizzę. Skonsumowawszy ok. godz. 23 ponownie ubraliśmy nasze cztery warstwy i ruszyliśmy w dalszą część zjazdu…



… ale tylko po to, żeby po 500 metrach rozstawić namiot. Było zimno.



Strażnicy lasu – wesoła twórczość dzieciaków z okolicznego przedszkola.



Tego dnia kilometry wchodziły jak nigdy, gdyby nie deszcz licznik chyba by się nie zatrzymał nigdy, a tak stanął na liczbie 191. Długie godziny w deszczu sprawiły jednak, że odpuściliśmy sobie nocną jazdę i postanowiliśmy poszukać jakiegoś schronienia, które ostatecznie znaleźliśmy…



… w jaskini. Trochę zakłóciliśmy w ten sposób lokalny ekosystem, ale przynajmniej nie padało.

Poranek dzień 5. To taki dzień, który wspomina się tak: Budzisz się w namiocie rozstawionym w jaskini pełnej pająków, nie jesz śniadania bo go nie masz, zakładasz mokre skarpetki, buty, z których nadal wypływa woda, 3 warstwy wilgotnych ciuchów, wilgotne rękawiczki i suchą czapkę, pakujesz brudny namiot w wilgotne sakwy, wychodzisz na deszcz i jedziesz i jedziesz. Przejeżdżasz przez tunele samochodowe (bo tędy krócej) mające czasem prawie 4 km, zatrzymujesz się na świeżym powietrzu, żeby pooddychać i się odstresować, znowu jedziesz przez tunele, przestaje padać, wyjeżdżasz z gór, wychodzi słońce, zaczynasz schnąć, gotujesz obiad, jedziesz dalej, robi się ciemno, jedziesz dalej, wyschło już prawie wszystko, jedziesz dalej, wybija północ, jedziesz dalej, omijasz autostrady i dziwki grzejące się przy ogniskach na wjeździe do Mediolanu, szukasz dworca, ale zdajesz sobie sprawę, że o 1.30 w nocy jest już zamknięty, więc bierzesz taksówkę na lotnisko, żeby zdążyć na samolot, licznik zatrzymuje się na 212 km, przepakowujesz się, przekazujesz rowery kolejnym Rak’n'Rollującym rako-fakopokazywaczom, myjesz się na tyle na ile pozwala publiczna toaleta na lotnisku, zakładasz suche skarpetki i te same mokre buty, idziesz na samolot, buty piszczą, zdejmujesz buty, ochroniarz żałuje, że Cię o to poprosił, wsiadasz do samolotu, zasypiasz, lądujesz z w Warszawie. Jest 10 rano i świeci słońce. To był aktywny dzień.

Tekst i zdjęcia: Kuba Wolski
http://koobawolski.pl/