wtorek, 6 listopada 2012

„MOŻNA? DA SIĘ!”

 
Proszę wsiadać ...
Piątek - 22:34, Dworzec Wrocław Główny. Meldujemy się w pociągu relacji Wrocław - Katowice. W Katowicach „tylko” trzygodzinne oczekiwanie na kolejne połączenie: Katowice – Czechowice Dziedzice. A potem jeszcze tylko godzina oczekiwania w Czechowicach Dziedzicach na pociąg do Cieszyna :) Nikt nie mówił że będzie lekko!:)

Przygodę czas zacząć.
Sobota - 7:30, Cieszyn.Udajemy się w ustalone miejsce po oczekująca na Nas „książeczkę-pałeczkę”, którą ma dla Nas p. Irena Kwaśny. Nie ma oczywiście mowy, żeby nie wstąpić na ciepłą kawę, podczas której opowiadamy o projekcie i Fundacji Rak’n’Roll. Mamy również chwilkę na telefoniczny wywiad do Radia Katowice. Niech o nas usłyszą! 
Ale czas…czas biegnie...
Żegnamy się bardzo serdecznie, wskakujemy na bajki i w drogę. Przed nami ok. 120 km do Ołomuńca. Słońce widać chce jechać z nami, a pogoda jak na zamówienie…..chyba za sprawą naszych dobrych duchów:) O, proszę są i góreczki…pierwsza, druga, trzecia…przestajemy liczyć. Moc jest z nami. Twarze uśmiechnięte. Głębokie westchnienia radości. Jesteśmy porażeni czeską infrastrukturą rowerową. Wszędzie ścieżki rowerowe (nawet w szczerym polu), wszędzie znaki POZOR! KOLO!. Można jechać bezpiecznie, bez szumu aut i spalin. Drogowskazy pokazujące trasy rowerowe we wszystkich kierunkach.   

A nasz trasa jest jedna i słuszna. Na ZWROTNIK RAKA!
Do Ołomuńca wiedzie przepiękny szlak Greenways Kraków – Morawy – Wiedeń. Szlak prowadzący, przez zabytkowe, malownicze wsie i miasteczka, przez lasy, szlaki winnic i zakładów piwowarskich. Na miejsce docieramy ok. 20.00. Czekają już na nas Ales, Katarzyna, pies i kot. Nasi couchserferowi przyjaciele. Olbrzymie zdziwienie, ponieważ oboje mówią po polsku. Kasia i Ales przez kilka miesięcy studiowali w Poznaniu. Wieczór mija w fantastycznej atmosferze opowieści i żartów. Ales pomaga nam w ustalaniu trasy na dzień kolejny. Przynosi mapy, atlasy. Sam jest zapalonym rowerzystą i niedawno objechał Czechy. Ehhh chwilo trwaj wiecznie.

Ołomuniec, poranek. Przywitała nas mgła. Jednak nie mogliśmy odmówić sobie szybkiego zwiedzania. Miasto tajemnicze i piękne. Nie na darmo konkurowało kiedyś z samą czeską Pragą. Wjeżdżamy na rynek. Szybkie foty z „żółwiem” przy fontannie Ariana, na znak naszej bytności … i kierunek informacja turystyczna. Panie zafascynowane naszym projektem i że na „kole”:) O losie! Po zakupie cyklomap pora szykować się do startu. Mgła nie odpuszcza. Ale to nie przeszkoda. Wskakujemy na trasę. Greenway wiedzie też do Brna! Hurrra! Choć nie ma lekko dziś. Widoczność na niecałe 100 m. Światła i kamizelki odblaskowe jadą z nami już od rana. Dopiero w okolicach godz. 12.00 mgła trochę odpuszcza. I w końcu wita Nas słońce. Bądź pozdrowione:) A na smaczek dziś na trasie oprócz czeskiej Kofoli z guaraną i parky w rohliku…górka, górka, góra…i jeszcze jedna, i troszkę w dół, i ogromny piękny zamek i trasa przez Park krajobrazowy, kilometr, dwa…byle do przodu. Napotkani rowerzyści pozdrawiają radośnie. Robi się miło na sercu. Przybywa sił. Jeszcze troszkę i Brno…niestety już po zmroku. Dzień za krótki. Zmrok zapada ok. godz. 18.00. Znów światła i kamizelki w ruch. Brno wita Nas ok. 19.00.  Nasz biedny, wysłużony GPS pomaga nam zlokalizować adres naszych gospodarzy na ten wieczór, po czym wyczerpuje mu się bateria. Dla upewnienia się pytamy jeszcze dwie starsze panie o drogę: „Dobry wieczór. „Szukamy ulicy Sypka”. Panie lekko zdziwione. W końcu Dominik się orientuje…w języku czeskim „szukać” (šukat) ma zupełnie inne, wulgarne znaczenie ;/ Panie się jednak nie obraziły i wskazały drogę. Biegniemy jeszcze po zakupy zanim zamkną sklepy i czekamy. Pawka i Majlosh sami dopiero wrócili z Wiednia, a tu już goście do drzwi pukająJ Wieczorne opowieści trwałyby pewnie bez końca. Jutro jednak wszyscy mamy ważne zadania do wykonania.

Nie można rowerem! Jak nie można? Kiedy my musimy rowerem:)                                              

Brno, drugie pod względem wielkości miasto Czech. Zachwycające. Tu też mamy nasze pierwsze spotkanie z policją…PESI ZONA! Nie można rowerem! Jak nie można? Kiedy my musimy rowerem:) Ale władza jest władza. Trzeba przedreptać kawałek a potem na rowery i w dalszą drogę. Morawskie Budziejowice zdobywamy wieczorem. Pojawia się problem z noclegiem. Internat w którym mieliśmy przenocować nie ma wolnych miejsc. Chwilę staramy się ubłagać Panią, że może gdzieś na podłodze. Byle do rana. Nie można. Zakaz. Szukamy dalej. Może u strażaków, przecież oni zawsze pomagają…:) Strażak Sam na pomoc mknie:) Niestety nie tym razem. Jeden pensjonat, drugi…w końcu udaje się. 2 km za miastem motel dla Harleyowców. Ciepło. Błogostan. Spać już spać. Oczy same się zamykają. Dobranoc…pora Nam już do krainy jednorożców i złotych tęcz:)

- Ile chcecie przejechać? 130 km? Na „kole”? Nie dacie rady. - Jak to nie damy rady?????!!!! Oczywiście że damy.     Rano po śniadaniu, zaczynamy szykować się do trasy. A raczej szukać trasy. Mgła nasza wierna towarzyszka podróży. Tym razem liczymy do którego słupka coś widać. Wychodzi, że coś w okolicach drugiego. Trzymamy się blisko pobocza. Trzeba podjechać do informacji i zorganizować dokładne mapy. Dziś najdłuższy odcinek. 130 km. Ale damy radę. Przed informacją spotykamy panią, która chce nam jednak uzmysłowić, że nie:„Ile chcecie przejechać? 130 km? Na „kole”? Nie dacie rady. Za dużo. Jak to nie damy rady?????!!!! Oczywiście że damy. Ojjjjjj zagotowało się w Nas! Miłego dnia dla Pani….i jeszcze milszego dla nas:) 

Trasa dziś okazała bardziej różnorodna. Oprócz pól kukurydzy, wzniesień, pałaców, wież starych kościołów, mijamy też rezerwat przyrody z pięknymi jaskiniami. Pierwszy raz też stajemy na skrzyżowaniu dróg i nie wiemy którą wybrać… Pędzimy  przez łąki i pola, przez lasy w ciemną noc. Uwaga! Sarny! Ależ napędziły stracha. Nie ma czasu jednak na strachy. Nogi już drętwieją. I po co na koniec to wzniesienie???? Ale my wiemy…jak jest pod górkę, to gdzieś musi być z górki. 9 ostatnich kilometrów mkniemy w dół. Byleby wyhamować i jesteśmy u celu. Czeskie Budziejowice. Szybki telefon do Mateusza….jest w domu…ufff. Okazuje się, że na naszym etapie mamy szczęście do Poznania:) Mateusz stamtąd pochodzi. Dziękujemy Mateusz, za miłe przyjęcie ;) 

Poranek w Czeskich Budziejowicach zimniejszy niż zwykle. Zakładamy kilka warstw na siebie….zapalmy czołówki i czekamy…aż ze mgły wyłoni się zmiana… podobno Eliza już się zbliża. Mocny to zawodnik! A ja najlepiej wiem co to znaczy…w końcu to z nią stoczyłam ciężką batalię o moje flamastry od Mikołaja! Dajesz Sis…!

Ewa & Dominik