poniedziałek, 22 października 2012

Etap 1A - Myślisz, że damy radę ....

Wspomnienia z etapu pierwszego Łukasz Pałka:

- Myślisz, że damy radę pokonać na rowerach trzysta kilometrów w jeden dzień - pytam bez większego przekonania, że to możliwe. - Nie spróbujesz, to nie sprawdzisz. Tylko na drugi dzień będziemy chodzić jak John Wayne. Ubierz spodnie z mocną wkładką. I pamiętaj, żeby ogolić nogi - odpowiada ze śmiechem Piotr Pogon, pierwszy na świecie człowiek z jednym płucem, który zdobył Aconcaguę i Elbrus. Biega też w maratonach.

Tak rozpoczął się pierwszy Etap naszej podróży na Zwrotnik Raka....w rolach głównych:
- Piotr Pogon
- Radek Tusiński
fot. Magda Węglarz - Łukasz Pałka przed startem
- Łukasz Pałka

fot. Konrad Pędziwiatr - Piotr Pogon i Radek Tusiński



Do biegu, gotowi .. START!

Plan mamy dość ambitny. Cel maksimum to pokonanie na rowerach trasy z Warszawy do Krakowa w możliwie najkrótszym czasie. W ten sposób dołączam do pierwszego etapu rozpoczętej właśnie sztafety rowerowej na Zwrotnik Raka, organizowanej pod patronatem Fundacji Rak'n'Roll. 

Godzina czwarta nad ranem w ostatnią noc z piątku na sobotę. Termometry pokazują niewiele ponad zero stopni Celsjusza, siąpi deszcz ze śniegiem. Zaopatrzeni w ciepłe czapki, rękawiczki, kamizelki odblaskowe, czekolady i izotoniki wyruszamy z Warszawy. Po drodze dołącza do nas Radek Tusiński, wielokrotny uczestnik maratonów MTB, którego dość szybko ochrzcimy ksywką bike cyborg. Chcemy jak najszybciej przedostać się krajową siódemką do Grójca, by potem odbić na mniej ruchliwą drogę, w stronę miejscowości Końskie.

Pierwsze sto kilometrów, przez większość czasu w ciemności, pokonujemy w niespełna cztery godziny. Nastroje dopisują, a Piotr ma jeszcze siłę, by o wschodzie słońca podśpiewywać Kiedy ranne wstają zorze. Wychodzi mu to dość kiepsko, a my szybko uczymy się, że należy jechać po jego lewej stronie. Wtedy nie trzeba krzyczeć podczas rozmowy. W zależności od stopnia zmęczenia i nastroju włączają się nam różne tematy konwersacji. Od żartów, przez głupie żarty, po filozoficzne rozmowy o sensie rowerowej podróży w deszczu. Ani słowa o raku, chorobach. Zero narzekania, bo po co. W końcu każdy z nas znalazł się tu i teraz z własnej woli. Piotr przyznaje tylko, że na ostrzejszych podjazdach musi się wydyszeć i wykaszleć, bo brakuje mu powietrza. Nie bez przyczyny znajomi nazywają go Świstak

Szczęście nam sprzyja, bo momentami odkrywamy nawet, że w Polsce drogi rzeczywiście się buduje. Na dowód robimy zdjęcia. Co jakiś czas robimy też krótkie postoje, żeby wyrównać oddech. Ale niezbyt długie, by nie zmarznąć.
- Gdzie jedziecie? - dopytuje ciekawski kierowca, gdy o świcie zatrzymujemy się, bym mógł zjeść energetyczny żel, który oszuka zmęczone uda przez kolejnych kilkadziesiąt kilometrów.
- Do Krakowa - odpowiadamy.
- O k... - słyszymy, widząc tylko szybko zasuwającą się szybę, zupełnie jakby zobaczył duchy, tyle że w kaskach i żółtych okularach.

Kolejne kilometry upływają nam już pod znakiem większego zmęczenia. Sięgając granicy dwustu kilometrów zastanawiam się już tylko, w jaki sposób w ogóle zsiądę z roweru. O totalnym zmęczeniu świadczy to, że już bez skrępowania zaczynam smarkać w rękawiczkę rowerową. Jednak gdy granica 200 kilometrów pęka, mózg automatycznie odłącza mi prąd w nogach. Nie pomaga ani gorąca kawa ani hot dog w przydrożnym barze. Po dziewięciu godzinach ciągłego, szybkiego pedałowania następuje dla mnie koniec jazdy. Piotr i Radek też nie wyglądają rześko.
- Chyba jestem trochę typem masochisty. Im bardziej boli, tym bardziej wiem, że żyję - zastanawia się Pogon, popijając kawę.

Do Krakowa jeszcze kawałek. Na szczęście deszcz przestał padać. Decyduję się na dłuższy odpoczynek, odłączenie i spokojny zjazd z trasy. Moi towarzysze jadą dalej. Po drodze łapią jeszcze gumę, ale w końcu wieczorem dojeżdżają do Krakowa. 

Tym sposobem pierwszy, bardzo szalony etap sztafety Rak'n'Rolling możemy uznać za zaliczony.
fot. Konrad Pędziwiatr - Piotr Pogon i Radek Tusiński
 I jak? Chodzisz jak John Wayne? - Piotr Pogon dzwoni do mnie rano, by zapytać, czy żyję.
Żyję, żyję. Ale prawie w ogóle nie chodzę. Co prawda zakwasów ani śladu, ale nie mogę zginać nóg w kolanach. Nie dojechałem do Krakowa, ale i tak rozpiera mnie euforia, że przekroczyłem swoje dotychczasowe granice. I to z nieogolonymi jednak nogami. Kto wie, może gdybym ogolił, to bym dojechał.
Pogon opowiada z kolei, że nałykał się zimnego powietrza i ma 38,5 stopnia gorączki. - Umieram - żartuje. Tylko który to już raz. Dokładnie opisuje inne fizjologiczne szczegóły i pyta, czy mam podobnie. Prosi jednak, by o nich nie pisać. I nawet zmęczony bike cyborg przyznaje, że w życiu tyle czasu na rowerowych maratonach w siodełku nie spędził. - Widzisz. I teraz każdemu możesz powiedzieć "Co ty wiesz o pedałowaniu, synku". Kompletni z nas wariaci. Ale będziemy to przy piwie wspominać do końca życia - śmieje się człowiek bez płuca i od razu umawiamy się na powtórkę, gdy będzie cieplej. Bo przecież o takie wspomnienia w życiu chodzi.